In search of glory (Final Fantasy VIII) - rozdziały XI - XIII

Informacja

Ten artykuł wymaga edycji, aby być zgodnym z nowymi zasadami SquareZone. Obecna wersja zostanie wkrótce dostosowana do standardów.


Rozdział XI


Spokojny wzrok doktora spoczywał na stojącym przed nim Ren'ie. Siwy lekarz podrapał się po brodzie i po dłuższej chwili namysłu, machnął lekceważąco ręką na chłopaka.
- To.. - zaczął Ren - Znaczy, że mogę już iść?
- Tak - odrzekł Kadowaki, schylając się ze swojego czarnego fotela do jednej z wielu szuflad przy biurku - Ale uważaj na siebie. Cudem uniknąłeś złamania kręgosłupa. Jak coś cię będzie bolało to masz zaraz tu przyjść albo powiadomić mnie przez przyjaciół. Nie próbuj nawet chodzić bez usztywnienia, dopóki ci nie powiem, że możesz. Zrozumiano?
- Tak - powiedział Ren i uśmiechając do stojącego obok Dunkana i swojej siostry. Kadowaki wychylił się nagle spod biurka, w rękach trzymając mały pojemniczek na tabletki.
- Tu masz środek przeciwbólowy - powiedział opierając się o fotel i zakładając ręce za siwiejącą głowę - Nie łykaj więcej niż 1 pigułkę, bez względu na to jak bardzo będzie cię bolało. No i oczywiście nie myśl nawet o wycieczkach poza ogród, czy tym bardziej do Centrum Treningowego...
- Dobrze - przerwał mu Ren, mniej grzecznie niż miał to w zamiarze - Mogę już iść?
- Dobra idź - powiedział w końcu lekarz - Ale uważaj na siebie.
- Jasne, jasne - odpowiedział chłopak, wychodząc ze skrzydła szpitalnego szybkim krokiem. Plastikowe usztywnienie na plecach sprawiało mu wielki dyskomfort, ale była to niewielka cena, za powrót do Ogrodu. Cała trójka wyszła na wielki hol na pierwszym piętrze i skręciła w lewo, po obwodzie kierując się w stronę dormitoriów. Widok roześmianych studentów i oficerów poprawił Ren'owi humor. Zapomniał już prawie o bólu w plecach i o tamtych chwilach. Szedł teraz spokojnie, jak każdy inny student w Ogrodzie Balamb.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że jestem spokrewniona z takim idiotą - powiedziała Nicole, zakładając rękę na rękę i patrząc na brata - Myślałeś pewnie, że jak Kemuri sobie da radę, to ty też, co?
- Tak naprawdę to bardziej moja wina - powiedział Dunkan idący po drugiej stronie Rena - To ja zostawiłem karty w łodzi, i przez to musieliśmy się wracać, a później...
Dunkan przerwał, przypominając sobie co było później. Ren spojrzał na niego i wzrokiem nakazał mu przemilczenie tej sprawy. Chłopcy sami nie wiedzieli co się stało, więc nie mogli oczekiwać, że zrozumie to osoba trzecia.
- A później postanowiliście schować się pod pokładem - dokończyła Nicole, z uśmiechem na twarzy - Znaczy, że obaj jesteście głupi i zazdrośni o talent Kemuri'ego.
- Możemy nie mówić o Kemuri'm? - przerwał Ren, już bez uśmiechu patrząc na siostrę. Ta zamilkła na chwilę.
- Coś się stało? - zapytała po chwili milczenia, również z poważną miną - Kemuri coś zrobił? Coś mu się przytrafiło?
- To znaczy, że ty nic...!? - zaczął Ren przystając i patrząc na siostrę, mówiąc głośniej niż miał zamiar.
- Nie Ren! - uciął mu Dunkan - Nie możemy. To co się działo na misji to tajemnica. Nic jej nie mów, bo będziemy mieli większy problem niż już mamy.
- Przecież to śmieszne! - wykrzyknął do przyjaciela - To oni tam umierali, żebym ja teraz milczał?! Żeby nikt nic nie wiedział?!
- Przepisy - powiedział spokojnie Dunkan. Wzrok Nicole przeskakiwał z jednego na drugiego - Do póki dyrektor nie zadecyduje inaczej, nie możemy jej niczego mówić, rozumiesz?
Ren nie odpowiedział, tylko ruszył w stronę dormitoriów, wyraźnie bardziej pochmurny. Przykucnął nagle na lewe kolano, wydając cichy jęk i chwytając się prawą ręką za krzyż.
- Ren! - siostra i przyjaciel kucnęli przy nim. Nicole wyjęła z jego kieszeni pojemnik z pigułkami i wyciągnęła jedną - Masz... to ci pomoże. Chłopak bez słowa wziął tabletkę i połknął ją, ciągle trzymając się za plecy. Odetchnął kilka razy i odczekał chwilę, poczym wstał z pomocą Dunkana.
- Dobra - powiedział kiwając głową - Już lepiej.
Nagły atak bólu Rena rozluźnił nieco napiętą atmosferę. Skręcili w korytarz prowadzący do dormitoriów, gdy Nicole w końcu przerwała milczenie.
- A wiecie, że jutro jest Bal Inauguracyjny dla tych, co zdali egzamin? - zaczęła bezpieczny temat.
- Nas to niewiele obchodzi - powiedział Dunkan.
- Tak - potwierdził Ren - Jest tylko dla tych, co ukończyli naukę.
- Noo - powiedziała Nicole, zakładając ręce z tyłu i patrząc na przeszklony dach korytarza. Uśmiechała się dziwnie - Was to może nie interesuje....
- Bo ty pewnie idziesz, co? - powiedział z lekką drwiną Ren, patrząc na siostrę.
- Zapomnieliście o osobach towarzyszących - odwróciła się do nich, uśmiechając ironicznie. Przyjęła nagle patetyczny ton, którego Ren bardzo u niej nie lubił. Oznaczał on, że dziewczyna zacznie się czymś chwalić - Jeden z tegorocznych absolwentów raczył zapytać moją skromną osobę, czy tak piękna i urocza dziewczyna jak ja nie zechciałaby mu towarzyszyć w trakcie uroczystości.
- Taa - Ren pokiwał głową ze zrozumieniem - Są na to trzy wytłumaczenia: Albo go szantażowałaś, albo cię z kimś pomylił, albo sobie z ciebie ktoś okrutnie zażartował.
Dunkan powstrzymał parsknięcie, a Nicole wyciągnęła z kieszeni swojego niebieskiego mundurka ciemnopurpurową kopertę, ozdobioną złotymi literami i wstążką.
- Tu mam zaproszenie - wyciągnęła kopertę do twarzy Rena, uśmiechając się złośliwie - I co? Łyso ci? A ty se możesz pomarzyć, żeby się dostać na bal. No ale nie martw się, braciszku. Dokładnie ci opowiem, jak to świetnie się bawiłam
- Jasne, że opowiesz - przytaknął Ren, nie zwracając uwagi na jej drwiny - A potem dowiem się od kogoś jak było naprawdę i my też się pośmiejemy.
- Ha, ha, ha - sparodiowała śmiech Nicole, odwracając się na pięcie i kierując się w stronę damskiego skrzydła dormitoriów - Nie ukryjesz przede mną zazdrości, Ren. No ale cóż... nie winię cię. Na razie chłopaki.. muszę jeszcze zmierzyć suknię na bal.
Nicole znikła z pola widzenia, zostawiając chłopców w zatłoczonym rozwidleniu, między dwoma częściami dormitoriów. Skręcili w prawą odnogę, kierując się do sektora dla mężczyzn, wchodząc w szeroki na kilkanaście metrów korytarz, od którego raz po raz wychodziły na lewo i prawo mniejsze uliczki, prowadzące na wyższe piętra i do pokoi uczniów i oficerów.
- Hmm.. - zamyślił się Ren mijając grupkę starszych dziewczyn, głośno rozmawiających o balu - Bal był zawsze najpóźniej dzień po ostatnim egzaminie. Czemu robią go z takim opóźnieniem?
- Po takim egzaminie wszyscy chyba mieli dosyć wrażeń - odpowiedział przyjaciel - Poza tym, administracja Ogrodu była bardzo zapracowana przez ostatnie kilka dni. W końcu misja nie powiodła się. Dochodzi do tego jeszcze pogrzeb tych, co polegli w czasie egzaminu, odczekanie aż wszyscy wrócą do zdrowia itp. I tak szybko zrobili, jak dla mnie...
Obaj zwolnili nagle, spostrzegłszy dwójkę swoich rówieśników, wychodzących właśnie z korytarza po lewej. Obaj ubrani byli w stroje nieoficjalne. Niższy, ciemnoskóry chłopak, nosił szarą, lnianą koszulę zapinaną z przodu na guziki oraz czarne spodnie, z nogawkami poszerzonymi u dołu, z motywem czerwonych płomieni. Drugi, wyższy, ogolony prawie na łyso, nosił się w wielokolorowej bluzie i luźnych spodniach dżinsowych, z metalowymi ozdobnikami powpinanymi w okolice kieszeni. Obaj również mieli przy sobie broń - długi kij, dziwnie wykrzywiony na jednym końcu i misternej roboty młot o długim trzonku. Obaj rozpromienili się wyraźnie na widok przyjaciół.
- Ren! - Kilroy podbiegł do chłopaka i mocno klepnął go w ramię - Więc jednak żyjesz? Myśleliśmy, że osiądziesz w skrzydle szpitalnym na dobre.
- Dunkan mówił, że to jego wina - powiedział Haji, kładąc swój kij na ramię i spoglądając na obu raz po raz - Ale znając cię, nie mogłeś podarować Kemuri'emu, że on jedzie, a ty nie. Swoją drogą.... co się z nim stało? Nie widziałem gościa od czasu tamtej lekcji, jak nam instruktor kazała czyścić łodzie.
- Właśnie - Dunkan szybko zmienił temat, widząc zmiany wśród mięśni mimicznych przyjaciela - Nie wiecie, jak się czuję pani Selphie?
- O to chodzi, że nikt nie wie - powiedział Kilroy, drapiąc się po podbródku - Od razu po powrocie trafiła do Kadowaki'ego, a potem zamknęła się w pokoju i nie rozmawia z nikim oprócz kilku najbliższych przyjaciół. No i jeszcze jego...
Haji wymienił ze współlokatorem porozumiewawcze, pełne dziwnych emocji spojrzenia. Pochylili się do przyjaciół.
- W pobliżu pani Selphie - zaczął Haji, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu - Zaczął się jakiś typ kręcić.
- No - potwierdził Dunkan kiwając głową i również zniżając ton - Jakiś przyjezdny. Kwiaty jej do pokoju nosi i w ogóle. Oczywiście szczegółów też nikt nie zna, bo instruktor prawie nikogo do siebie nie wpuszcza. No ale muszą się znać...
Kilroy nic nie powiedział, a jego twarz dziwnie przypominała facjatę Rena, gdy kilka chwil wcześniej wspomniano o Kemuri'm.
- A gdzie teraz idziecie? - wypalił nagle Ren do chłopaka, uśmiechając się dziwnie i wracając do normalnego tonu i wyprostowanej pozycji - Do Centrum?
- Taa - Kilroy uśmiechnął się, a atmosfera wokół rozluźniła się zupełnie - Haji śmie twierdzić, że da radę położyć więcej Grat'ów niż ja. Muszę iść tam i go z tego tragicznego błędu wyprowadzić.
- Jak zwykle pewien siebie i swoich mizernych umiejętności - ciemnoskóry poklepał wysokiego po plecach - Ma nową zabawkę i myśli, że jest niepokonany. Dobrze, że idziemy tam sami, bo żal by mi było ośmieszać cię publicznie.
- A wy? - zapytał Kilroy, nie zważając na słowa ciemnoskórego - Może pójdziecie z nami?
- Co ty... - machnął ręką Dunkan - Kadowaki by nas zabił, jakbyśmy poszli do Centrum. Za długo siedzieliśmy w skrzydle szpitalnym, żeby się ucieszył widząc nas ponownie.
- Dobra - powiedział w końcu Haji - Musimy się zmywać, bo potem jeszcze będzie trzeba garniaki odebrać z Balamb.
- Po co wam garniaki? - zapytał Ren, mocno zdziwiony - Nie chcecie mi powiedzieć, że was jakieś dziewczyny na bal zaprosiły.
Kilroy znowu wymienił spojrzenia z czarnoskórym, obaj uśmiechnięci od ucha do ucha.
- Ma się te znajomości hehehe... - powiedział w końcu Haji, z kieszeni koszuli wyjmując purpurowe dwie purpurowe koperty, identyczne z tą, którą wcześniej pokazywała Nicole - Kilku kumpli z ostatniego roku było nam winnych przysługę.
- To znaczy, że wszyscy idą oprócz nas? - zapytał Dunkan, z wyraźną nutą zawodu w głosie - Ale syf!
- No cóż, chłopaki - pocieszył ich Kilroy - Też byśmy wam załatwili, ale już więcej nie ma. A teraz wybaczcie, ale czas nagli.
- Dobra - powiedział Ren, odwracając się do oddalających się kumpli - Nara.
Wymienili pożegnania, po czym chłopcy skręcili w korytarz, prowadzący do ich pokoju.

- Ehh - odetchnął głośno Ren, padając twarzą na swoje łóżko - Jak tęskniłem za tym pokojem.
Dunkan rozejrzał się po pomieszczeniu zamieszkiwanym przez przyjaciela, po czym wrócił wzrokiem ku drzwiom własnego. Nie mógł wyjść z wrażenia, jak dwa pokoje o identycznych wymiarach, mogą być tak różne. Dunkan wszystko lubił mieć na miejscu, przez co wszystkie jego ubrania leżały poukładane w szufladach lub wisiały w szafie. Książki na półkach były poukładane pod względem wielkości, a łóżko było zawsze posłane. Nie pamiętał, żeby pokój Rena był dokładnie wysprzątany, od czasu kiedy mieszkają razem. Góra śmieci rosnąca w rogu, ukrywała pod sobą niewidoczny już kubeł na śmieci. Na podłodze walały się ubrania, książki, sprzęt do ćwiczeń, płyty CD i inne mniej lub bardziej ciekawe przedmioty, porozrzucane bez jakiegokolwiek ładu. Jedyną rzeczą w pokoju, która wyglądała na zadbaną, był gunblade, model Revolver, umieszczony w przeszklonym futerale stojącym po lewej stronie, obok szafy na ubrania.
- Nigdy nie zrozumiem, jak ty tu możesz mieszkać - powiedział w końcu patrząc na przyjaciela, który leżał na nie pościelonym łóżku. Ren podniósł głowę z poduszki i obrócił się na plecy, patrząc na rozwieszone na suficie plakaty.
- Ja bym nie mógł żyć w tym twoim sterylnym pokoiku - powiedział, nie patrząc na przyjaciela - Przynajmniej widać, że tutaj mieszka człowiek
Dunkan nie uznał za stosowne odpowiadać. Odetchnął i odwrócił się, wchodząc do saloniku, dzielącego oba pokoje. Na stole, który zajmował w nim centralne miejsce zauważył nagle dwie koperty, nie purpurowe, jak te z zaproszeniami na bal, ale jasnoniebieskie, z czerwonym lakiem.
- Ej - krzyknął Dunkan do przyjaciela, biorąc koperty do ręki i przyglądając się im - Coś do nas przyszło. O w mordę.... to od dyrekcji.
Ren wyskoczył z łóżka i wypadł z pokoju, potykając się po drodze od leżącą na środku koszulę. Podbiegł do przyjaciela i spojrzał na trzymane w rękach, niebieskie kartki. Pieczęć Balamb nieomylnie świadczyła o tym, że faktycznie są to listy od organów administracyjnych Ogrodu. Dunkan podał mu tą, na której widniało jego imię i nazwisko. Chłopcy wymienili pełne zmieszania i strachu spojrzenia, po czym otworzyli koperty i jednocześnie wyciągnęli krótkie listy, o identycznej treści. Obaj patrzyli na nie jeszcze długo po przeczytaniu. W liście, w przystępny i bardzo uprzejmy sposób kazano im się stawić przed Komisją Dyscyplinarną, na ogłoszenie wyroku w sprawie złamania kodeksu uczniowskiego i poleceń nauczyciela.
- No to po nas - Ren niedbale cisnął listem na stół i złapał się za głowę. Zaczął chodzić w kółko pokoju. Dunkan ciągle jeszcze patrzył na list, nie odpowiadając.

*

Rozdział XII


Ren zapiął guziki marynarki, patrząc w lustro. Nie widział tam człowiek szczególnie szczęśliwego z sytuacji, w jakiej się znalazł. Odetchnął głęboko i zaczął się czesać, drugą ręką poprawiając kołnierz, strzepując jakiś kusz, który nagromadził się na rękawie.
- I jak? - zapytał ubrany już i uczesany Dunkan - Gotowy?
- Już moment.. - powiedział odkładając grzebień i ręką poprawiając przedziałek - Dobra. Możemy iść.
- Hmm.. - zastanowił się przez chwilę blondyn skanując przyjaciela wzrokiem od góry do dołu - Nie pasuje ci ten przedziałek.
- Ty nie wyglądasz lepiej z żelem na głowie - odpowiedział patrząc się na krótkie włosy Dunkana, zaczesane ostro do tyłu i pokryte półstałą substancją, reflektującą padające z okna światło - Obaj wyglądamy jak idioci, ale tego wymaga regulamin - dodał uśmiechając się i ostatni raz patrząc w lustro.
- Dobra - ponaglił go Dunkan - Musimy tam być za 5 minut. Idziemy.
Obaj przyjaciele opuścili swój pokój, zamykając drzwi na klucz i wychodząc na główny korytarz. W czasie weekendu nie widzi się specjalnie wielu studentów w niebieskich mundurkach kadeta, przez co nie mogli uniknąć niepewnych spojrzeń ludzi, którzy zapewne słyszeli już o ich udziale w misji i o tym czemu są tak wystrojeni. Zobaczyła ich również Nicole, tym razem w towarzystwie dwóch koleżanek: małomównej i niskiej Claire oraz rozbieganej i plotkującej ze wszystkimi i o wszystkim Wendy, który opuściła okulary i spoglądała na nich ciekawie.
- Nawet nie pytam gdzie idziecie - powiedziała siostra Rena, zakładając ręce na krzyż - Chyba was nie wyrzucą, co?
- Pewnie chcą wpierw wysłuchać naszych wersji, a potem postanowią - powiedział Dunkan - Ale niewiele to zmieni. Złamaliśmy jasne rozkazy. Za mniejsze rzeczy wywalali z Ogrodu.
- Komitet Dyscyplinarny może was potraktować łagodniej - powiedziała Wendy, choć bez specjalnego przekonania - W końcu przydaliście się w trakcie misji, co nie?
- Eee... - Ren zastanowił się głęboko, przypominając sobie walkę z Kemurim i czarownicą. - Chyba.... chociaż... ee..
- Musimy iść - przerwał nagle Dunkan, z poważną miną - Powiemy wam później co zdecydowali.
- Dobra - powiedziała Nicole, widząc oddalających się szybkim krokiem przyjaciół - Chyba coś ukrywają - dodała do swoich koleżanek.
Ren i Dunkan wyszli na zewnętrzny pierścień na parterze i skierowali się do windy, w stronę przeciwną do ruchów wskazówek zegara. Luźna atmosfera jaka panowała tutaj w czasie weekend'u, była niemal sielska. Grupy przyjaciół rozmawiające przy oczkach wodnych i tłumy szczęśliwych po całym tygodniu nauki studentów mijały ich ze wszystkich stron. Chłopcom nie było za to do śmiechu.
- Czemu tak nagle mnie odciągnąłeś? - zapytał Ren przyjaciela, kiedy mijali skrzydło szpitalne.
- Bo bałem się, że powiedziałbyś za dużo - odrzekł rzeczowo - Tam była Wendy, a wszyscy wiemy do czego jest ta dziewczyna zdolna. Poza tym... zdaję się, że my faktycznie specjalnie się nie przydaliśmy w trakcie tej misji, co nie?
- Staliśmy w miejscu albo dostawaliśmy oklepy - powiedział Ren, z cieniem uśmiechu - Nie wiem czy to się liczy jako jakaś pomoc. No ale w zasadzie niewielu robiło więcej.
- Ale nie wiem, czy to będzie wystarczający argument, żeby pozwolili nam zostać - Dunkan zatrzymał się przed windą i nacisnął guzik. Po chwili drzwi otworzyły się przed nimi, z towarzyszącym temu charakterystycznym odgłosem dzwonka.

Pusty korytarz, usytuowany bezpośrednio ponad salami lekcyjnymi, był chyba najstraszniejszym miejscem, w jakim mógł się znaleźć uczeń Ogrodu, włączając w to niesławny, pełen potworów poziom MD. Kilkadziesiąt salek różnych oddziałów administracyjnych, roztaczało się po obu jego stronach, a pomiędzy nimi wisiały niewielkie obrazki anonimowych artystów i różne tabele i harmonogramy. Ren był tutaj tylko raz - kiedy we wieku 8 lat wystrzelił w stronę oficera SeeD niewielkiego Blizzard'a. Sam już nie pamiętał czemu to zrobił, ale musiał potem przez półtorej miesiąca zmywać podłogi w Cafeterii. Teraz oddałby wszystko, żeby móc przebłagać komisję dyscyplinarną choćby dożywotnim bieganiem z mopem, po niebieskich kafelkach w kuchni. Dunkan chyba był tutaj pierwszy raz, bo jego twarz pobladła i spociła się do takiego poziomu, że chłopak wyglądał jak pokryty taśmą klejącą. Kilku oficerów SeeD minęło ich w milczeniu, inna para czytała właśnie jakiś powieszony diagram, kiedy chłopcy mijali ich, w poszukiwaniu sali 212, w której mieli się stawić.
- Ej Ren - powiedział Dunkan, głosem jak ze studni. To zadziwiające jak człowiek może zmienić się w ciągu kilku minut, bo rano blondyn nie wyglądał na aż tak przerażonego - Jak tam jest?
- Przed komisją? Nie pamiętam dokładnie - powiedział zamyślając się - Ale wiem, że strasznie.
- A orientujesz się może, kto tam będzie? - przerwał zapadłą chwilę milczenia blondyn.
- No na pewno Dincht - Ren pokiwał głową - Może jeszcze instruktor Quistis i pewnie McNash i Orison. Ponure z nich typy, no ale kogo innego mielibyśmy spotkać w komisji. Dobra, to tu.
Chłopcy stanęli przed dębowymi drzwiami z mosiężną klamką, na których wisiała czarna plakietka z numerem 212 i napisem "Komisja Wewnętrzna Komitetu Dyscyplinarnego Ogrodu Balamb". Dunkan przełknął ślinę, a jego przyjacielowi wydawało się, że towarzyszący temu odgłos odbił się echem po całym korytarzu.
- Ja też jestem zdenerwowany, no ale nie mógłbyś się trochę hamować - powiedział Ren, patrząc na blondyna błagalnie - Nie zjedzą nas tam. Przynajmniej o takich wypadkach mi nie wiadomo.
Dunkan nie odpowiedział, ale pokiwał głową, ścierając pot z czoła ramieniem i robiąc kilka głębszych oddechów. Ren otworzył drzwi, nie chcąc dłużej czekać i zmrużył oczy od nadmiaru światła, wpadającego z sali. Obaj chłopcy weszli do środka i rozejrzeli się po twarzach zebranych osób, których było dużo więcej, niż się spodziewali. Przy głównym stole, nakrytym niebieskim obrusem z godłem Balamb, zasiadało pięć osób. Pierwszy od lewej znajdował się instruktor McNash, ze swoimi długimi blond włosami, rozlanymi na ramionach i twarzą, która zawsze wyrażała rodzaj obojętnego zmartwienia. Obok niego siedział Lahrson, młody oficer, znany chłopcom tylko z widzenia, natomiast przy nim, wspierając głowę na dłoni, zajmował miejsce oficer Dincht, z jego krótkimi blond włosami postawionymi na żel i dwoma, czarnymi tatuażami po obu stronach twarzy. Następna była Quistis, która jakby lekko się do nich uśmiechała, natomiast ostatni był instruktor Orison, o kasztanowych włosach i twarzy tak surowej, jak gdyby wyciosano ją z kamienia. Prawdziwego szoku chłopcy doznali dopiero, gdy spojrzeli na dłuższy, nie nakryty stół, po lewej stronie sali, przy którym zasiadały osoby, wywołujące bardziej burzliwe emocje.
- O w morde.. - przeklął cicho Dunkan patrząc na zasiadającą w środku osobę, a Ren zobaczył prawie, jak walczył z kolanami, które zaczęły odmawiać przyjacielowi posłuszeństwa. Gdy ktoś patrzył w te dwoje zimnych oczu, przedzielonych ukośną blizną tuż ponad nosem, nie mógł przypuszczać, że legendarny Squall Leonhart, dyrektor Ogrodu Balamb, był w wieku instruktor Tilmett. Siedział, z założonymi na piersi rękoma, z twarzą bez wyrazu i ze spojrzeniem rzucanym lekceważąco w różne strony. Po jego lewej stronie siedział doktor Kadowaki, a przy nim Xu. Po prawicy dyrektora zasiadał nieznany przyjaciołom gość, ubrany w skórzaną kurtkę na popielatym T-shirt'cie i dżinsowe spodnie. Jak wszyscy inni on również patrzył na Rena i Dunkana, ale jego wzrok, z pod związanych z tyłu brązowych włosów, był bardziej przyjazny i ciepły. Przy nim siedziała instruktor Tilmett. Nie wyglądała tak źle, jak wszyscy mówili. Nie uśmiechała się, ale nie dawała po sobie poznać, że ma wyrzuty sumienia. Ostatnie miejsce przy niej, zajmował Seifer, bujający się na tylnych nogach krzesła, z założonymi nogami i przylepionym do twarzy sarkastycznym uśmiechem. - Możecie usiąść - powiedziała Quistis, zdejmując okulary i kładąc je na stole - Chcecie napić się wody? - blondynka wskazała na przezroczysty dzbanek, stojący przy instruktorze McNash'i i kilka plastikowych kubeczków. Ren odmówił grzecznie, lecz i tak nalał jeden kubek Dunkanowi, który wyglądał, jakby tego potrzebował. Zasiedli na przygotowanych krzesłach, ustawionymi tak, że każdy z prostopadłych względem siebie stołów i zasiadający za nimi ludzie, były dobrze widoczne. Seifer powrócił do pozycji nieco bardziej formalnej, a nieznajomy w kitku schował nogi, wyciągnięte dotąd pod stołem. Ren zaczął się denerwować dużo bardziej niż wcześniej. Nie spodziewał się tutaj samego dyrektora, ani doktora Kadowaki, a już najmniej Seifera. Pomimo zdenerwowania i tak wyglądał o niebo lepiej, niż spocony i drżący Dunkan.
- Nic ci nie jest? - spytał się Kadowaki, najwyraźniej zauważając nienaturalną bladość skóry i drżący w dłoniach blondyna kubek. - Nie wyglądasz dobrze
- On się trochę denerwuje.. - odpowiedział Ren, lecz poniechał dalszych wytłumaczeń, ponieważ i jemu głos ledwo przechodził przez gardło. - Jesteś w stanie mówić, chłopcze? - zapytała Xu - Jeżeli jesteś chory, możemy przełożyć to przełożyć na inny termin.
Dunkan lekko ruszył głową, jakby chciał napotkać wzrok przyjaciela, po czym wziął głęboki oddech.
- Mogę odpowiadać - powiedział głosem całkiem normalnym, jak na jego stan.
- W takim razie zaczynamy - powiedział Zell Dincht, rozglądając się po sali, w poszukiwaniu wśród innych, śladu sprzeciwu - Proszę, panie McNash.
Przewodniczący oparł się o krzesło, natomiast długowłosy blondyn, siedzący najbardziej na prawo względem przyjaciół spojrzał na kartkę, po czym na przesłuchiwanych.
- Chcielibyśmy ustalić z wami kilka faktów, związanych z niedawną misją w Deling. - powiedział wolno i spokojnie, nie odrywając wzroku od Rena - Jak to się stało, że znaleźliście się w łodzi desantowej.
Ren pobladł lekko. Przez chwilę rozważał różne wersje, które mógłby podać, ale wiedział, że dalsze pytania mogą podważyć jego wersje. Poza tym nie ustalił niczego z Dunkanem i ich odpowiedzi mogłyby się nie pokrywać. Stwierdził, że nie warto kłamać, bo w tak tragicznej sytuacji jak ich, nie mogło to w niczym pomóc. Dunkan spojrzał na niego i porozumiewawczo skinął głową.
- Znaleźliśmy się tam przez przypadek - powiedział Ren, siląc się na nadanie swej wypowiedzi spokojnego tonu - Gdy myliśmy te łodzie, Dunkan zgubił pod pokładem jednej z nich swoje karty do Triple Triad. Poszedłem ich poszukać razem z nim.
- No ale według zeznań instruktor Tilmett - McNash spojrzał na kartkę - Skończyliście je myć dwie godziny przed wypłynięcie. Nie chcecie mi powiedzieć, że szukaliście talii kart tak długo.
Ren zawahał się chwilę wiedząc, że prawda nie będzie przekonująca, ale nic innego mu nie pozostało
- Na pokładzie straciliśmy przytomność i spadliśmy do ładowni - powiedział w końcu - Gdy się obudziliśmy, łodzie były już w drodze.
- Aha - McNash, jak i kilku innych członków komisji, zapisało coś na swoich kartkach. Odłożył długopis szybko i zaczął mówić jeszcze wolniejszym głosem, ociekającym sarkazmem - A jaki był powód waszej nagłej, niespodziewanej i, co dziwniejsze, wspólnej utraty przytomności?
- Nie znamy powodu - powiedział nagle Dunkan, który chyba wyczuł, że jest w tym przesłuchaniu zbyt bierny.
- Na pewno nie piliście czegoś wcześniej? - zapytał instruktor uśmiechając się i przybierając pseudo-przyjacielski głos - Niczego nie zażywaliście? Żadnego alkoholu? Nic? Powiedzcie nam teraz, bo i tak się dowiemy.
- Podajcie trochę więcej szczegółów - zapytał nagle Dincht, a w jego spojrzeniu była dziwna niepewność. Rena trochę zbiło z tropu, ale wiedział, że jego słowa mogą nie brzmieć wiarygodnie..
- Kiedy zeszliśmy pod pokład łodzi, zaczęliśmy się rozglądać za kartami - powiedział Ren do przewodniczącego komisji - Dunkan zszedł do ładowni i tam znalazł w końcu tą talię. Pomogłem mu wyjść, kiedy nagle...
Ren przerwał nagle, przypominając sobie co wtedy czuł.
- ...trudne do opisania uczucie - dokończył, zanim komisja zdążyła go ponaglić - ... i pewnie dziwnie to zabrzmi, ale usłyszeliśmy taki dziwny dźwięk..
Ren nie mógł nie zauważyć dziwnej reakcji kilku osób. Instruktor Tilmett, nieznajomy przybysz i sam dyrektor wymienili się dziwnymi spojrzeniami. Dincht oparł się o krzesło, również spoglądając w ich kierunku, a instruktor Trepe powiedziała coś do niego szeptem, nie odrywając wzroku.
- Wysoki dźwięk, który sprawił, że staliśmy się strasznie senni - dokończył Ren, ciekawie patrząc na wymieniających się zdaniami ludzi, zasiadającym przy dłuższym stole. 'Oni coś wiedzą' pomyślał Ren, znowu nabierając podejrzeń do tajemniczych snów.
- Temu się nie dało przeciwstawić - powiedział Dunkan do Zell'a - Człowiek przestawał myśleć o czymkolwiek, tylko zapadał w ten dziwny sen. Ren chciał już karcąco spojrzeć na kolegę, który wydawał się powiedzieć zbyt dużo, gdy kątem oka zobaczył jak instruktor Trepe mówi coś do Zell'a, który jej przytaknął z ciekawością patrząc na przyjaciół. Reszta komisji patrzyła albo na przesłuchiwanych, albo na te same osoby, co Ren i Dunkan.
- A może ktoś się tutaj bawił paramagią, co? - powiedział McNash, ciągle patrząc na nich - Może się komuś wymsknęło zaklęcie, co? Mieliście przy sobie "Sleep"?
- Ja miałem - powiedział Ren, bo faktycznie miał przy sobie "Sleep" tego dnia - Ale jestem pewien, że go nie użyłem.
- Ja tak samo - stwierdził Dunkan.
- Kłamstwo wcale nie polepsza waszej, nawiasem mówiąc, nieciekawej sytuacji - odrzekł spokojnym tonem oficer, akcentując każdą ociekającą ironią sylabę - Tylko prawda może was uratować, ponieważ...
- Przepraszam, że przerwę panie McNash - wtrąciła się Quistis, a długowłosy blondyn zamilkł, wpatrując się w nią. Odwróciła się potem do Dunkana i Rena, a jej oczy pełne były dziwnych emocji, trudnych do jednoznacznego określenia - Mówiliście coś o śnie. Czy po tej utracie przytomności, śniło wam się coś?
- Nie widzę tutaj związku ze sprawą - powiedział przesłuchujący, nie odrywając wzroku z Quistis - Sądzę, że powinniśmy skupić się na ważniejszych sprawach, niż to co im się śniło.
- Niech odpowiedzą - uciął nagle dyrektor, głosem spokojnym, ale srogim. Jednym z tych głosów, które nawet szeptem potrafią wprowadzić ciszę na rozgadanej sali. McNash nie miał już nic do powiedzenia i tak jak inni wlepił wzrok w dwójkę przesłuchiwanych. Ren zastanowił się chwilę i spojrzał na Dunkana.
- Pamiętam jakieś małe miasteczko - powiedział wolno i wpatrując się w ścianę, przypominając sobie tamten sen na bieżąco. Zawsze zapominał sny, ale tamtą wizję, tak samo jak tą ze skrzydła szpitalnego, pamiętał doskonale - Kobietę w białym swetrze i... to wszystko było takie strasznie realne, a mimo to dziwne. Słyszałem słowa, które ona wypowiadała, tak jakby stała koło mnie.
- Widziałeś tam kogoś jeszcze? - zaciekawił się nieznajomy w kurtce - Oprócz tej kobiety, byli tam jeszcze jacyś ludzie?
- Tak - odpowiedział szybko Ren - Był mężczyzna o czarnych, długich włosach i jeszcze murzyn o włosach do pasa, związanych w ciasny warkocz. Selphie nakryła usta ręką, a Zell spojrzał na Quistis kiwając głową porozumiewawczo. Przybysz uśmiechnął się i oparł na krześle.
- Strasznie dużo czasu minęło - zamyślił się przez chwilę - Co słychać u Laguny i przyjaciół? Ten murzyn, to pewnie Kiros. Który z was był którym? Dunkan i Ren synchronicznie otworzyli usta w zdumieniu, wlepiając nienaturalnie szeroko otwarte oczy w nieznajomego. Quistis pokiwała głową w zdziwieniu, a Zell spojrzał na przybysza karcąco.
- Skąd pan to wie? - nie wytrzymał Dunkan - Jak to możliwe? O co chodzi z tymi snami?
- Sami chcielibyśmy wiedzieć - powiedział gość rozkładając ręce - Musielibyśmy się zapytać Ellone, bo to pewnie znowu jej sprawka. Ren miał już zadać jedno z tysiąca pytań, które w tej chwili zrodziły się w jego głowie, ale Zell przerwał mu gestem ręki.
- Skupmy się na rzeczach ważnych Irvine - powiedział do niego - O śnie pogadamy kiedy indziej. Wiemy już jak dostali się na łódź. Ma pan do nich jeszcze jakieś pytania, panie McNash?
- Nie mam żadnych pytań - blondyn był ewidentnie zbity z tropu tą rozmową o śnie.
- W takim razie oddaję głos panu, panie Lahrson - kontynuował Dincht, wskazując ręką na siedzącego między nim, a McNash'em człowieka o krótkich czarnych włosach, z brzydkim przedziałkiem, takim samym, jakiego w tym momencie miał na głowie Ren.
- Kto był pierwszą osobą, jaką zobaczyliście po obudzeniu się? - zapytał patrząc na swoją kartkę.
- Raijin - powiedział od razu Ren - Przyjaciel pana Seifera.
Jego wzrok powędrował do siedzącego na końcu blondyna, która patrzył na niego, z nad splecionych przy ustach dłoni. Ren wiedział, że za nimi jest jego typowy uśmiech.
- Czy skontaktował się on z oficerem Nidą, który koordynował całą akcję albo z kimś z dowództwa? - znowu zapytał Lahrson.
- Z tego co wiemy, nie - powiedział Dunkan, po czym spojrzał na ich niedawnego dowódcę, który opuścił dłonie na stół.
- Uznałem to za bezcelowe - stwierdził Seifer, patrząc na Lahrsona jedynie minimalnie zmniejszając natężenie sarkazmu w jego uśmiechu - Dowództwo mogłoby kazać naszemu oddziałowi wracać do Balamb, a to osłabiłoby nasze siły w rejonie Deling. Raijin wziął na siebie odpowiedzialność za tą dwójkę i wcieliliśmy ich jako pomoc w ochronie prezydenta Carawaya.
- Oni mają 13 lat Seifer - instruktor Tilmett obróciła się w jego stronę, a jej wzrok był pełen wyrzutu - Mogli tam zginąć.
- Ja w ich wieku radziłem sobie z większymi problemami - zbagatelizował, nie patrząc nawet na Selphie - Przeżyli i udowodnili, że dadzą sobie radę w trudnych sytuacjach. Powinni mi za to podziękować.
- Co się stało, to się nie odstanie - podniósł nieco głos Dincht, powstrzymując kontratak rozłoszczonej instruktor Tilmett - Nie możemy winić pana Almasy za to, że nas nie powiadomił. Zgodził się dowodzić pod warunkiem, że damy mu nad załogą łodzi pełne dowodzenie. Obecni tutaj chłopcy również należeli do tej załogi, pomimo tego jak się w niej znaleźli, więc ich bezpieczeństwo spoczywało w jego rękach. Nie możemy go ukarać za jego decyzję choćby dlatego, że nie jest on SeeD'em i nie podlega jurysdykcji Ogrodu. Proszę kontynuować panie Lahrson.
Ren i Dunkan biegali oczyma od pewnego siebie Seifera, poprzez złą instruktor, do rozglądającego się po sali Zella. 'Wiele spraw nie wyjaśniono' pomyślał Ren 'No ale ciężko winić Seifera... w końcu miał swoje powody'. Lahrson odkaszlnął spoglądając na kartkę i ponownie skupiając na sobie uwagę.
- Kiedy już dostaliście się do Deling, podobno rozmawialiście z obecną tutaj instruktor Trepe - Przesłuchujący wskazał na blondynkę prawą ręką.
- Tak - odpowiedzieli prawie w tej samej chwili, domyślając się, że to pytanie.
- Jak to się stało, że przy tej rozmowie nie wyszły na jaw wasze personalia? - zapytał jeszcze raz.
Chłopcy myśleli przez chwilę, przypominając sobie tamtą rozmowę. Ren przełknął ślinę, przypominając sobie co jej wtedy powiedzieli.
- Podobno jeden z was podał się za Kemuri'ego, chłopca z waszej klasy, który został przydzielony do drużyny nadzorowanej przez panią Tilmett - dokończył Lahrson, a Selphie jakby skurczyła się w krześle. Jej wzrok wylądował na podłodze. Wierzchem dłoni przetarła wargi, aby ukryć ich drżenie.
- To byłem ja - powiedział Ren, wiedząc ze już za późno na kłamstwa. Patrzył w oczy Lahrsonowi, który odwzajemniał spojrzenie z pewnym dziwnym rodzajem ciekawości - Instruktor Trepe zapytała się mnie, czy nie jestem Kemuri, a ja byłem zbyt przejęty żeby zaprzeczyć.
- A więc obaj skłamaliście, żeby zostać tam? Nie chcieliście wrócić do Ogrodu? - zapytał mężczyzna, marszcząc brwi.
- Chcieliśmy to jakoś wytłumaczyć, ale wtedy pojawił się.. - Dunkan zawahał się w swojej odpowiedzi, patrząc na siedzącego na końcu drugiej ławy blondyna - pojawił się pan Almasy i powiedział, że my faktycznie byliśmy w drużynie instruktor Tilmett i zażądaliśmy przeniesienia do drużyny B4.
Wzrok całej sali znowu skupił się na Seifer'ze, który uniósł jedną brew, nie przestając się uśmiechać.
- Waga misji wymagała tego kłamstwa - wyrecytował, jakby czytał z kartki. Efekt jego mowy burzył trochę nie ustępujący uśmiech - Instruktor Trepe zadecydowałaby, że należy ich odesłać do Balamb albo zostawić w pałacu pod czyjąś opieką. W obu przypadkach osłabiło by to siły, którymi mogliśmy rozporządzać w Deling. Chcą tego uniknąć postanowiłem okłamać ją i wziąć odpowiedzialność za tych chłopców, jako ich dowódca.
- Jakież to wielkoduszne, Seifer - odezwał się Irvine, również uśmiechając się do blondyna - Nigdy za dużo mięsa armatniego, co nie?
- I kto to mówi - zripostował Almasy - Wódz niebieskich żołnierzyków, których sam zgładziłem dziesiątki.
- Spokój! - Dincht wstał i zmusił zrywającego się już z krzesła Irvine do zajęcia swojego miejsca - Załatwiajcie swoje problemy poza ogrodem w terminie późniejszym. Dyrektor Kinneas jest naszym gościem i nie pozwolę go obrażać. A ty Irvine powinieneś już wiedzieć, że kłótnie z Seiferem prowadzą do nikąd. Obaj macie się natychmiast uspokoić, bo każę was wyprowadzić.
Seifer zaśmiał się cicho zakrywając twarz, a Irvine opadł ciężko na krzesło patrząc wprost przed siebie. Siedząca między nimi Selphie zdawała się nie zwracać uwagi na żadnego z mężczyzn, ciągle wpatrując się w stół przed sobą. Przez chwilę panowała cisza, przerwana nagle odkaszlnięcie oficera Lahrsona.
- Mówiliście, że bezpośrednią opiekę nad wami sprawował niejaki Raijin - potwierdził ich zeznania, patrząc na swoją kartkę - Jaki on był wobec was? I jaki był sam Seifer Almasy? Czy czuliście się źle w ich obecności? Czy ubliżali wam w jakiś sposób? Doznaliście od nich jakiś krzywd? Obaj chłopcy zastanowili się przez chwilę. Ren już miał odpowiedzieć, gdy nagle odezwał się Dunkan swoim drżącym głosem.
- Nic takiego nie zaszło - powiedział wędrując wzrokiem po sali, między Lahrsonem, a Seiferem - Pan Almasy, tak samo jak Raijin i Fujin traktowali nas dobrze... - zastanowił się przez chwilę - Może nie tyle dobrze, co... normalnie. Traktowali nas jak swoją drużynę, jak swoich kompanów. Pan Almasy i jego przyjaciele nie zawahali się stanąć w naszej obronie i uratować nam życie. Gdyby nie oni... pewnie by nas tu nie było.
Znowu zapadła cisza. Ren dostrzegł cień uśmiechu na ustach instruktor Trepe oraz coś zupełnie odwrotnego u Irvine'a. Seifer nie zmienił wyrazu twarzy, ale nie odmówił sobie rzucenia wzrokiem po sali, w której kilka sekund wcześniej rozbrzmiały chwalące go słowa.
- Nie mam więcej pytań - powiedział Lahrson odkładając kartkę.
- W takim razie proszę o głos panią Trepe - Dincht skinął na blondynkę, która uśmiechnęła się do obu przesłuchiwanych.
- Wiem, że to będzie bolesne dla kilku osób - powiedziała spokojnie, mając najwyraźniej kogoś konkretnego na myśli - Chciałabym wiedzieć, co się wydarzyło między wami, a Kemuri'm. Opowiedzcie mi co zaszło od momentu, kiedy przekroczył on prób pałacu prezydenckiego.
Ren z grymasem na twarzy przypomniał sobie wydarzenia, które przez wiele nocy nie będą dawać mu spać. Potem opowiedział wszystko po kolei: o tym jak zabił instruktora Clausa i jego ludzi, jak walczył z Raijinem, jak zniszczył schody za pomocą Firagi i o tym, jak Ren został uratowany przez Seifera i Fujin. W miarę jak opisywał to, czego dokonał jego rówieśnik, widział, jak twarz instruktor Tilmett nabiera dziwnego wyrazu. Siedzący obok Irvine powiedział jej kilka słów na ucho, ale nie pomogło to specjalnie. Gdy skończył, instruktor Trepe spojrzała na swoją kartkę.
- Dziękuję, że nam to tak dokładnie opisałeś Ren - uśmiechnęła się, jednak ciepło, bez ironii - Mówiłeś, że gdy chłopak pokonał Raijina rozmawiał z tobą chwilę. Pamiętasz może co dokładnie mówił?
Ren pamiętał. To jedna z tych rzeczy, które nie są łatwe do zapomnienia.
- Mówił, że SeeD są słabi, i że nie można być silnym całe życie spełniając rozkazy - odrzekł Ren - Powiedział też, że wybrał własną drogę, która poprowadzi go ku chwale.
- A ty co mu odpowiedziałeś? - zapytała Quistis, z ciekawością w głosie
- Że jest zwykłym zdrajcą i śmieciem, i że jego słowa nie mają dla mnie wartości - odpowiedział Ren podnosząc głos bardziej, niż by tego chciał. Dunkan spojrzał na jego twarz z mieszanką ciekawości i strachu. Chłopak uświadomił sobie, że taki język nie powinien być używany przed Komisją Dyscyplinarną - Przepraszam...
- Nic nie szkodzi - znowu uśmiechnęła się Quistis - Masz powody, żeby go nie lubić. Mówił coś jeszcze?
- Dziwił mi się, że o niczym nie wiem - odpowiedział Ren, specjalnie się nie namyślając - Dlaczego posłano emisariuszy do Ogrodu Galbadia i dlaczego dyrektor Leonhart wysłał taką ilość ludzi.
- Nie było się czemu dziwić - pokręciła głową blondynka - To wszystko ściśle tajne informacje. Powiedział ci o nich coś więcej?
- Nie - pokręcił przecząco głową chłopak - Wtedy pojawili się pan Almasy i Fujin.
- A resztę historii znamy - powiedziała Quistis - W takim razie nie mam więcej pytań.
- Panie Orison - skinął Dincht.
Mężczyzna zlustrował chłopców swym surowym wzrokiem, z pod lekko przymkniętych powiek. Powietrze jakby zgęstniało, kiedy spojrzenia Rena i przesłuchującego się spotkały. Powolnie, jakby leniwie, Orison podparł podbródek na złożonych rękach.
- Co wtedy czuliście? - zabrzmiał niski bas. Ren miał wrażenie, że szyby w oknach aż zadrżały od tego głosu.
- Eee... kiedy? - odpowiedział pytaniem na pytanie, lekko zmieszany
- Od chwili obudzenia się na pokładzie łodzi, do konfrontacji z czarownicą - woda w przezroczystym dzbanku zafalowała podejrzanie.
Ren zastanowił się dłużej, niż przed którymkolwiek ze wcześniejszych pytań. Cała komisja czekała w milczeniu, a Dunkan chyba nie wiedział co ma odpowiedzieć.
- Trudne pytanie - odrzekł w końcu Ren łamanym głosem - Na początku na pewno strach. Obaj wiedzieliśmy, że możemy tam zginąć, a jak wrócimy to trafimy przed komisję i pewnie wyrzucą nas z Ogrodu. Ten strach jakoś... jakoś tak ciągle we mnie był, ale tyle się potem działo...
- Jak poszliśmy na zwiad z Raijin'em - powiedział Dunkan - To przygnębiło mnie to, jak wygląda miasto Deling. Jak ci ludzie musieli żyć... A jak byliśmy przy prezydencie, to skupiałem się na tym, żeby tak jak inni go bronić... pilnować żeby nic się nie stało.
- Jak Kemuri zniszczył schody i powalił Raijina i Dunkana - Ren odetchnął ciężko i wierzchem dłoni starł pot z czoła - Nie myślałem o tym, że mogę zostać wyrzucony z Ogrodu. Jedyne o czym myślałem, to żeby go pokonać... żeby go... zabić.
- Ja miałem tak samo, jak walczyłem z czarownicą - kontynuował Dunkan - Walka z nią była jedyną rzeczą, na której mogłem się skupić. Wszystkie umiejętności jakie zdobyłem w Ogrodzie przygotowały mnie na to, żebym mógł sobie poradzić w takiej sytuacji. Wiedziałem co mam robić... może nie ja.. to było jakoś we mnie. Atakowałem... jakby odruchowo...
- A strach? - zapytał Orison, którego głos przy ich wypowiedział zabrzmiał jak mosiężny dzwon przy upadającej szpilce - Nie czuliście strachu? Nie myśleliście o tym, że możecie zginąć? O tym, że przeciwnik z łatwością pokonał o wiele lepszych wojowników od was?
Ren i Dunkan wymienili spojrzenia.
- Strach? - Ren mimowolnie się uśmiechnął. Sam nie wiedział czemu - Nigdy, w całym moim życiu tak się nie bałem. Wiem, że tamte chwile będą wracać do mnie w koszmarach. Nawet teraz ciężko mi o tym mówić. Ale tamten strach nie był taki paraliżujący.
- Nie był w ogóle paraliżujący - dokończył Dunkan, dużo pewniejszym głosem - To ten strach i myśl o tym, że zaraz mogę zginąć zmusiła mnie do robienia tego, czego się uczyłem na lekcjach instruktor Tilmett. To on mi... nam dodał sił.
Zapadła cisza, przerywana cichym zgrzytem sunących po kartkach papieru długopisów. Orison uśmiechnął się, tak jak prawie wszyscy inni obecni na sali.
- Strach dodał wam sił? - powiedział nieco wyższym głosem, ale ciągle bardzo charakterystycznym. Uśmiechnął się szerzej. - W ten sposób zachowują się tylko szaleńcy.
- No i członkowie SeeD - dokończył Dincht również patrzący na chłopców z uśmiechem na ustach. Ren i Dunkan nie mogli się nie uśmiechnąć.
- Nie mam więcej pytań - zabuczał na koniec Orison, opierając się o krzesło.
- Czy ktoś jeszcze ma pytania? - Dincht rozejrzał się po sali, która milczała, pomimo wymownych uśmiechów na twarzach prawie wszystkich osób - W takim razie jesteście wolni. Na ogłoszenie wyroku poczekajcie na zewnątrz. My musimy się naradzić.
Chłopcy wstali, gdy członkowie komisji zaczęli porządkować zebrane na stole papiery. Zanim wyszli Ren dojrzał coś jakby cień uśmiechu na twarzy dyrektora Leonharta, który obserwował ich przez cały czas.

*

Rozdział XIII


Kilkadziesiąt minut siedzenia na korytarzu, w ciszy przerywanej krótką i niepewną wymianą zdań, zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Ren i Dunkan nie patrzyli na siebie. Czekali, aż drzwi się otworzą i aż McNash zaprosi ich do środka. Czekali na moment, w którym znów będą mogli wejść do sali i usłyszeć co zadecydowano o ich przyszłym losie. Renowi wydało się to bardzo dziwne, że czekał na werdykt z utęsknieniem, a teraz, kiedy znowu czuł na sobie wzrok komisji i zgromadzonych, niczego nie pragnął tak, jak znaleźć się na innej szerokości geograficznej. Wojna purpury z trupią bladością, która przez ostatnie kilka godzin odbywała się na twarzy Dunkana, wydawała się zakończyć zawieszeniem broni, w którym spocone czoło blondyna przybrało odcień różu, który mógłby nawet uchodzić za kolor zdrowy i naturalny. Widać, że oswoił się z myślami i opanował drżenie nóg i rąk. Ren zaczął się denerwować dopiero teraz.
- Czy przed wysłuchaniem werdyktu, chcielibyście coś dodać na swoją obronę? - zapytał się Dincht, trzymając kartkę w złożonych dłoniach.
- Nie - powiedział cicho Dunkan. Ren jedynie poruszył ustami.
Dincht wstał i odkaszlnął cicho, trzymając w rękach kartkę. Zaczął czytać powoli, raz po raz zjeżdżając wzrokiem na chłopców i innych członków komisji.
- Komisja Wewnętrzna Komitetu Dyscyplinarnego Ogrodu Balamb, w składzie: oficerowie Peter McNash, Matt Lahrson, Quistis Trepe i Gustave Orison, jako przesłuchujący i oficer Zell Dincht, jako przewodniczący komisji, po zweryfikowaniu wszystkich danych, zdobytych od przesłuchiwanych oraz od świadków i uczestników rzeczonych wydarzeń, orzeka co następuje.
Ren i Dunkan wstrzymali oddech w trwającej kilka ułamków sekund chwili.
- Komisja jednogłośnie zdecydowała, że pomimo stwierdzonej winy naruszenia jednoznacznych rozkazów, krzywoprzysięstwa i lekkomyślności, oskarżeni nie poniosą żadnej kary. Według ustaleń, podczas rzeczonej w oskarżeniu misji, jego podmioty wykazały się nieprzeciętną odwagą i determinacją oraz wynieśli z niej cenne doświadczenie i wiedzę, będące pokutą samą w sobie. Odnotowana będzie jedynie nagana w kartotece oskarżonych kadetów, z nadzieją, że w przyszłości wykażą się oni większą rozwagą. Niniejszym uważam proces za zakończony. Chłopcy nie byli aż tak zaskoczeni. Widzieli już wcześniej, po twarzach zgromadzonych osób, że raczej nie zostaną wyrzuceni z Ogrodu. Niepewność jednak pozostała, rozwiana dopiero w tej chwili. Uśmiechnięci podali sobie dłonie i nim zdążyli je rozdzielić, Dincht znowu zabrał głos. - Pragnę przypomnieć, że podawanie jakichkolwiek szczegółów na temat minionej misji osobom trzecim, jest wykroczeniem przeciw regulaminowi Ogrodu (Akt II, paragraf 17b). Taka akcja automatycznie spowoduje wpłynięcie oskarżenia o działanie na szkodę Ogrodu, co skończyć się może wykreśleniem z listy kadetów i opuszczeniem szkoły. Zrozumiano? - dodał na koniec, już nie czytając.
- Tak jest, sir!- coś w głosie Zell'a sprawiło, że obaj chłopcy uznali za stosowne odpowiedzieć z pełną etykietą, wymaganą wobec oficera jego rangi. Dincht uśmiechnął się i spojrzał na siedząco obok Quistis.
- No to możemy przejść do przyjemniejszej części programu. Instruktor Trepe zasugerowała, że w zamian za wasz trud i poświęcenie, należy się wam jakaś gratyfikacja od Ogrodu. Pozostali członkowie komisji, nie mieli żadnych sprzeciwów - powiedział z uśmiechem na twarzy, wyciągając w ich stronę dwa kawałki papieru. Koperty, w kolorze ciemnej purpury, ze złotymi literami i taką samą wstążką u każdej z nich.
Ren uniósł brwi w wyrazie zdziwienia, Dunkanowi opadła szczęka. Nim zdążył ją podnieść, obaj ściskali w swych dłoniach koperty i patrzyli na napisane na nich złote litery, jak gdyby miały zaraz zniknąć.
- Radziłabym się pośpieszyć do miasta - powiedziała Quistis, gdy obaj chłopcy spojrzeli po sobie, z twarzami powoli wykrzywiającymi się w uśmiechu - Nie wpuszczą was tam w mundurkach kadetów, więc należałoby się zaopatrzyć w jakiś garnitur. Przy okazji... zróbcie coś z tymi fryzurami. Strasznie źle wyglądasz z przedziałkiem Ren...
- Dziękuję - zabrzmiały jedyne słowa, które dały radę przejść przez gardło Rena. Nie wiedział co powiedzieć i co gorsza zdał sobie sprawę z tego, że zbyt często jest w takiej sytuacji. Dunkan podziękował tuż za nim, utrzymując wyraz satysfakcji na twarzy blondynki.
- A teraz zmykać, i żeby mi się to więcej nie powtórzyło - Quistis pogroziła palcem - Bawcie się dobrze.
- Dziękujemy - tym razem Dunkan podziękował za siebie i przyjaciele, gdy obaj wycofywali się do drzwi.

- No i powiedz mi Dunkan, że nie mamy farta - powiedział Ren zdejmując ubranie w swoim pokoju i patrząc na powieszony na klamce czarny garnitur - Nie dość, że nas nie zabili w Deling, to jeszcze jesteśmy zaproszeni na Bal Inauguracyjny... nie mogę się doczekać, jak zobaczę minę Nicole hehehehe.
Z za ściany odpowiedziała mu cisza. Dunkan prawie nie odzywał się od momentu, w którym wyszli z tamtej sali. Ren myślał dotąd, że to przez stres, ale teraz zaczął się zastanawiać.
- Ej słyszałeś? - krzyknął jeszcze raz - Powiedziałem, że mamy cholernego farta.
- Nie wierzę w coś takiego jak fart - powiedział Dunkan, stojąc w drzwiach pokoju przyjaciela, już ubrany w swój garnitur. Ren przerwał zapinanie białej koszuli w połowie drogi.
- Co masz na myśli? - zapytał patrząc na przyjaciela z zainteresowaniem i niepewnością.
- Kemuri mógł nas zabić, ale z jakiś przyczyn tego nie zrobił. - zaczął mówić spokojnym głosem - Czarownica mogła nas tam wszystkich załatwić, ale się powstrzymała. A teraz komisja dyscyplinarna poważnie nadgięła regulamin Ogrodu, żeby pozwolić nam zostać. Nie sądzisz, że to trochę dziwne?
- Przestań Dunkan - Ren dopiął ostatni guzik i sięgnął po marynarkę - Ja też wiele przeszedłem i tak samo jak ty nie mogę uwierzyć w połowę wydarzeń, które miały ostatnio miejsce. Jeżeli to nie było szczęście, to co to było?
- Tego nie wiem - powiedział blondyn siadając na krześle i łapiąc się za głowę - Ale mam wrażenie, że nasz sen miał z tym jakiś związek. Skąd ten typ z Galbadii wiedział co nam się śniło? I dlaczego połowa sali zareagowała tak, jakby doskonale wiedziała co to jest?
- Nie pytaj się mnie - Ren poprawił krawat i przejrzał się w lustrze na szafie - Wiem tyle co ty i też mnie to zastanawia. Będziesz jeszcze miał mnóstwo czasu, żeby się tą sprawą zająć Sherlocku, ale teraz mamy być na balu.
- Tak - odparł po namyśle Dunkan wstając z miejsca - Chyba masz rację... wziąłeś zaproszenie?
- No jasne - chłopak wyszedł ze swojego pokoju, depcząc nowymi butami pustą puszkę koli i klepnął kolegę w ramię - Idziemy?
- Dobra - obaj opuścili swoją kwaterę i wyszli na główny korytarz dormitoriów. Byli już prawie spóźnieni, ale Ren nalegał, żeby poczekać do ostatniej chwili mówiąc, że chce mieć dobre wejście.

Wielka sala balowa Ogrodu Balamb, ulokowana na pierwszym piętrze, jak zawsze zachwycała swoim wyglądem. Lśniące marmurowe filary i parkiet, zdobienia z hebanu i szczerego złota, i co najważniejsze niepowtarzalna atmosfera tego miejsca sprawiały, że człowiek wchodząc do niej czuł się niegodny. Dunkan podał oficerowi przy drzwiach zaproszenia dla siebie i przyjaciela, w czasie gdy Ren przyglądał się wielkim, kryształowym żyrandolom rozświetlającym sale oraz swojemu zdeformowanemu odbiciu, w pokrytym lustrami suficie. W powietrzu dało się słyszeć skrzypce i wiolonczele, przebijające się przez głośne rozmowy zgromadzonych. Wszyscy mężczyźni ubrani byli w czarne garnitury, zaś kobiety w wytworne, kolorowe suknie... oczywiście za wyjątkiem tych, którzy świeżo zdobyli pierwszy stopień oficerski SeeD, bo oni tradycyjnie na Balu Inauguracyjnym, przywdziewali ciemnozielone mundury SeeD, które od dziś stają się ich ubraniem służbowym. Chłopcy weszli do sali rozglądając się w koło.
- Może będziemy mieli jakieś miejsce honorowe - uśmiechnął się Ren, szturchając kolegę łokciem - Po prawicy dyrektora albo coś.
- O kurcze - Dunkan zakrył uśmiechnięte usta w teatralnym geście - Zapomniałem kartki, ze swoją uroczystą mową hehehehe.
Obaj zaśmiali się z satysfakcją i jeszcze raz rzucili okiem po sali. Dunkan klepnął Rena w ramię i wskazał im dwie osoby stojące przy szwedzkim stole. Jak zwykle bywa na takich uroczystościach, jedzenie dostępne było właśnie w taki sposób, a część przez nie zajmowana ciągnęła się od początku sali do prawie samego parkietu. Jak zawsze, organizatorzy postarali się o potrawy wszelkich smaków, kolorów i kształtów. Jako, że bal dopiero się zaczął, niewielu gości przymierzało się do szwedzkiego stołu, ewentualnie pobierając z jego dalszego końca kieliszek szampana. Ren i Dunkan zbliżyli się jednak do swoich przyjaciół, których zastali między półmiskiem z pieczoną baraniną, a ostrygami w dziwnym, zielonkawym sosie. Haji rozglądał się z ciekawością po najbliższych daniach, zaś Kilroy trzymał już w jednej ręce kieliszek szampana, w drugiej mają lśniący talerz, z leżącym na nim udkiem kurczaka.
- Kogo ja widzę? - powiedział patrząc na nowoprzybyłych - Spójrz Haji kto przyszedł. Od kogo wycyganiliście zaproszenia?
- Phi... - uśmiechnął się szyderczo Ren - Dincht nam dał, w nagrodę za współudział w misji.
Uśmiech zniknął z ust Haji'ego, Kilroy zakrztusił się jedzonym udkiem.
- Że jak? - zapytał ciemnoskóry z miną wyrażającą głębokie niezadowolenie z niesprawiedliwości tego świata.
- Normalnie - powiedział Dunkan - Stwierdzili, że nam się należy i dali nam, jak się skończyło przesłuchanie.
- Jeszcze raz - Kilroy odstawił talerz z niedokończonym drobiem - Chcecie mi powiedzieć, że dostaliście zaproszenia na ekskluzywny bal za to, że pobiegaliście sobie po Deling i wróciliście półmartwi?
Ren i Dunkan odpowiedzieli tylko uśmiechem.
- Chyba muszę się napić - powiedział Haji idąc powoli w stronę kieliszków z szampanem. Pozostali poszli za nim.
- Kto dzisiaj wygrał w Centrum Treningowym? - zapytał Ren, kiedy zmierzali na drugi koniec stołu - Mieliście dzisiaj sprawdzić kto więcej Grat'ów położy.
- Remis - uśmiechnął się głupio Haji - Było po równo, kiedy przybiegł T-Rexaur i musieliśmy się zmywać...
- Hehehe - zaśmiał się Ren - Widać mieliście nie mniej przeżyć, co my.
- Właśnie - Kilroy odstawił udko, które ponownie zaatakował - Jak było na przesłuchaniu. Z waszej tutaj obecności wnoszę, że jednak was nie wywalili...
- Chyba nie wolno nam nic wyjawiać - odrzekł Dunkan, podnosząc dwa kieliszki i jeden dając Renowi - Powiem wam tylko tyle, że mieliśmy dodatkową widownię. Kadowaki, Xu, taki jeden typ, z którym byliśmy w Deling, Selphie-sensei i jeszcze dwie osoby. Nigdy nie zgadniecie kto...
- Ale pewnie nam zaraz powiecie - pokiwał głową Kilroy.
- Dyrektor Leonhart we własnej osobie... - dokończył Ren uśmiechając się szeroko - , a do tego ten przyjezdny typ w kitku. Okazało się, że to jest Irvine Kinneas, dyrektor Ogrodu Galbadia. No i oczywiście jeszcze była komisja. Ze znajomych twarzy to byli w niej tylko Dincht i instruktor Trepe. No i jeszcze tego Lahrsona kojarzyłem z widzenia.
- Po cholerę dyrektorzy największych Ogrodów, mieliby się zjawiać na przesłuchaniu dwóch życiowych nieudaczników takich jak wy? - zapytał Kilroy, odstawiając pusty kieliszek.
- Dobre pytanie - powiedział Dunkan - Idź i się zapytaj dyrektora. Tam siedzi.
Blondyn wskazał na wydzieloną sekcję sali, w której znajdowały się pokryte białym obrusem stoliki i jeden wielki, długi stół, przy którym zasiadało teraz kilku instruktorów i wyższych oficerów. Instruktor Trepe, ubrana w czerwoną suknię z odkrytymi plecami, zajęta była właśnie rozmową z dyrektorem Leonhart'em, który kiwał głową twierdząco i odpowiadał krótkimi zdaniami.
- Quistis jest świetnie ubrana - powiedział Haji, nie odrywając oczu od niej - Do twarzy jej w czerwonym, a te siateczkowe rękawiczki nadają jej seksapilu. Czemu dziewczyny nie mogą się tak ubierać codziennie?
- Pewnie, żebyś mógł się skupić na czymś konstruktywnym - Ren łyknął z kieliszka i przyjrzał się dokładniej blondynce - Skąd wiesz, że ma rękawiczki, jak jej rąk nie widać?
- Ehh - pokiwał głową Kilroy - Jesteśmy tu na tyle długo, że zdążyliśmy się rozejrzeć po sali i wyczaić co lepsze laski, analizując ich ubiór i ogólne walory wzrokowe. W kategorii "instruktorzy i oficerowie", nie możemy dość do jednego głosu z Hajim. On woli blondynki i twierdzi, że najlepiej wygląda Trepe, a ja uważam, że Xu. No i oczywiście Selphie-sensei. Sami zobaczycie zresztą.
- A widzieliście tu gdzieś moją siostrę? - zapytał się Ren patrząc po sali. Chwilę zatrzymał wzrok na przechodzącej kilka metrów dalej czarnowłosej kobiecie w białej sukni ze sporym dekoltem i spoczywającym na jej szyi złotym naszyjnikiem z akwamaryną. Z trudnością rozpoznał w niej instruktor Xu i z mieszanymi uczuciami uświadomił sobie jak odpowiedni ubiór może poprawić ogólny wizerunek kobiety, z niepozornej dziewczyny zmieniając ją w piękność.
- Z żalem stwierdzam, że twoja siostra w kategorii "dziewczyny w naszym wieku" nie załapała się do pierwszej dziesiątki - powiedział Kilroy, również oglądając się za Xu - Widzieliśmy ją gdzieś po drugiej stronie sali. Chcesz jej zrobić niespodziankę? - Zobaczenie miny mojej siostry jest jednym z głównych powodów, dla których tu przyszedłem - uśmiechnął się złośliwie - Była z tym masochistą, co ją wybrał na osobę towarzyszącą?
- Hmm...- chłopak podrapał się po podbródku - Była z jakimś chłopakiem, więc pewnie to on. Ale jak ją ostatnio widziałem, to gadała z kilkoma koleżankami... - zamyślił się chwilę - z jednej była niezła sztuka.
- Ta blondynka w brązowej sukience? - zapytał Haji przyjaciela - Noo... było na czym oko zawiesić. Chyba z klasy Xu albo Jellis... trzeba będzie popytać.
- Chyba pójdę jej poszukać, zanim się impreza rozkręci - powiedział Ren - Nie mogę się już doczekać. Zaraz wracam.
- Czekaj. - Dunkan odstawił kieliszek i poszedł za nim, zostawiając pozostałą dwójkę przy drinkach - Pójdę z tobą.
Przeszli przez środek sali, po lśniącym parkiecie tanecznym, póki co zajętym przez rozmawiających gości. Przy jednym z filarów dojrzeli w końcu Nicole, w towarzystwie dwóch dziewczyn w jej wieku. Ren zwalczył odchylające się w uśmiechu wargi i ruszył w ich stronę, w towarzystwie Dunkana.

Statystyka

  • Data publikacji: 2005-10-29 23:11:42
  • Autor: Tantalus
  • Artykuł czytany: 2124
  • Głosy oddane: 2
  • Średnia ocen: 10.0

Komentarze (2)

Gość ~ 02 czerwca 2006, 11:16
no nie spodziewalam sie ze to bedzie tak wciagajace :D
Tantalus ~ 04 czerwca 2006, 03:02
Cieszę się, że się podoba.... jeszcze dużo mam do napisania, ale przynajmniej raz w miesiącu będzie umieszczany nowy rozdział...

Dodaj komentarz

Wpisz treść komentarza w opowiednim polu. Pamiętaj, że HTML jest niedozwolony.

Niezarejestrowani użytkownicy uzupełniają również pole autora.

Konieczna jest również weryfikacja niezalogowanych użytkowników.

Wypowiedzi obraźliwe, infantylne oraz nie na temat będą moderowane - pisząc postaraj się zwiększyć wartość dyskusji.