In search of glory (Final Fantasy VIII) - rozdziały XXII - XXIV

Informacja

Ten artykuł wymaga edycji, aby być zgodnym z nowymi zasadami SquareZone. Obecna wersja zostanie wkrótce dostosowana do standardów.

Rozdział XXII


Przez wiele lat, geolodzy i geografowie z całego świata, nie mogli znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego klimat na wyspie Balamb jest taki ciepły. Szerokość geograficzna, na której znajduje się to miejsce sprawia, że jej temperatura jest co najmniej zaskakująca. Niektórzy ludzie twierdzą, że to z powodu gorącego prądu oceanicznego, który płynąc na północ wzdłuż wschodniego brzegu Galbadii, okala i rozgrzewa wyspę, aby w końcu ochłodzić się i złączyć z zimnym prądem z Shumi. Wyspiarze żartują sobie, że to przez gorące dziewczyny mieszkające w ich krainie. Geolodzy wykazali jednak kilka lat temu, że przyczyna tropikalnego klimatu w Balamb jest zaskakująco prosta. Wyspa znajduję się bezpośrednio pod czynnym wulkanem, największym, jaki znaleziono na świecie. Samo Balamb, jak i setki małych wysepek na zachodzie i południu wyspy, powstały z magmy, która wypłynęła i wypiętrzyła z oceanu, tworząc ten tropikalny raj. Naukowcy ostrzegają, że czynny wulkan tych rozmiarów jest bardzo groźny, część mówi nawet, że wyspa dawno temu powinna być ewakuowana, zanim nastąpi nieunikniona tragedia. Mieszkańcy jednak nie mieli nigdy w zwyczaju martwić się takimi błahostkami, jak wulkan kilkaset metrów pod ich stopami. Galbadianie często żartują sobie z ich stylu życia, śmiejąc się, że gdyby cała wyspa nagle zatonęła, to balambczycy dalej siedzieliby w łodziach i łowili ryby.
Bez względu na to co mówią naukowcy, cudzoziemcy, czy sami wyspiarze, Balamb jest tropikalnym rajem, przyciągającym tysiące turystów każdego roku. Oprócz samego miasta Balamb, będącego największą metropolią na archipelagu, marzeniem wielu jest rejs wśród słynnych błękitnych lagun i tysięc zalesionych wysepek, jak żywcem wyjętych z książek o piratach.
Załoga S.S. Orchidea pierwszy raz od wielu dni była na prawdę szczęśliwa, że służba zapewnia im to wszystko za darmo. Po 4 dniach w porcie Balamb, spędzonych na doprowadzaniu statku do ładu, rozładunku i załadunku różnych towarów i ciężkiej pracy w pełnym słońcu, White SeeD mogli cieszyć się w końcu przepięknymi widokami i słonym, zimnym wiatrem przyjemnie chłodzącym i odświeżającym. Nie mniej jednak, marynarz jest na służbie zawsze, kiedy stąpa po pokładzie statku.
- Szlag, ale głupia robota... - powiedział mężczyzna w białym mundurze, otwierając klapę i schodząc po metalowej drabinie do luku towarowego, dwa poziomy pod pokładem. Drewniane skrzynie zgrupowane były w duże czworoboki, mocno związane linami i przytwierdzone do podłoża. Mająca kilkaset metrów kwadratowych powierzchni ładownia, a dokładniej jedna z ładowni, stanowiła teraz labirynt dla kogoś, kto nie należał do elitarnych sił White SeeD.
- Spójrz na to - dodał - Cholerny labirynt, nawet końca ładowni nie widać. Może weź przywiąż sznurek do wyjścia, żebyśmy się tu nie zgubili. Po co nam tyle tego całego towaru?
- Bo ja wiem? - zastanowił się ironicznie drugi mężczyzna, również odziany w biały mundur - Może po to, aby kilkaset osób załogi nie zdechło z głodu i z pragnienia?
- Ty nie bądź taki mądry, tylko podaj ten worek, Tran - odrzekł pierwszy marynarz. Miał krótkie włosy w kolorze jasnego blondu i, pomimo młodego wieku, nad czołem zaczynały mu się już robić zakola. Kiedy kolega postawił sporej wielkości worek na podłogę, wyjął on z jego klekoczącego wnętrza niewielkie kwadratowe pudełko, z dziurami z czterech stron. Obejrzał je i podrapał się po głowie.
- Za moich czasów, pułapki na myszy wyglądały inaczej - powiedział w końcu.
- To nie na myszy, tylko na szczury, Pitt - poprawił Tran. Był wyższy od kolegi i słuszniej zbudowany. Miał zielone oczy i krótkie, bardzo gęste czarne włosy.
- Co za różnica? I to i to gryzoń... - powiedział kolega, biorąc do rąk kilka pułapek - W ogóle nie czaję po jaką cholerę mamy rozstawiać tutaj te pułapki. Przecież burty są metalowe, podłoga też, żaden gryzoń tu nie ma prawa się dostać.
- Ale mógł się dostać w skrzyni z jedzeniem, kretynie - zaśmiał się Tran, biorąc sześć pudełek - Dlatego mamy to rozstawić, żeby ewentualny problem rozwiązać.
- Głupie muszą być te szczury, żeby...
- Cicho - przerwał mu Tran ruchem ręki, wzrokiem wodząc dookoła i nasłuchując. - Słyszałeś?
- Co niby? - zdziwił się kumpel, ale głos obniżył do półszeptu.
- Słyszałem coś.... - namyślił się chwilę i palcem wskazał dziobową część ładowni - Stamtąd...
Przez chwile oboje wytrwali w milczeniu i patrzyli we wskazanym kierunku.
- Pewnie szczur - podsumował Pitt - Chodź, rozłóżmy to gówno, to jeszcze się może zdążymy poopalać.. ej Tran.
Wyższy z marynarzy odłożył pułapki i zaczął iść już w stronę, z której usłyszał podejrzane dźwięki, skradając się i powoli stawiając kroki. Pitt zaczął się skradać za nim.
- Świetnie, robimy podchody do jakiegoś susła - półszeptem zironizował, idąc dalej, wraz z kumpel zbliżając się powoli do dziobowej części luku - Myślisz, że Lafaye da ci jakiś medal za walkę ze szkodnikami, jak go złapiesz? Czy może myślisz, że to jakaś seksowna wyspiarka o ciemnych włosach zgubiła się i potrzebuje twojej pomocy?
- Zamkniesz się w końcu? - przerwał mu Tran, zatrzymując się na chwile. Oboje zbliżyli się powoli do czworoboku ze skrzynek, wychylając się zza niego na lewo. Kilka otwartych, podłużnych skrzynek leżało na ziemi. Wydawało się, że spadły z kilku metrów, a ich wieka odpadły. Obaj chłopcy jeszcze pare chwil patrzyli ze zdumieniem na to, co leżało pomiędzy nimi. Opalona dziewczyna o kasztanowych włosach, odziana w koszule na ramiączkach i krótkie, dżinsowe spodenki, leżała na ziemi na wznak, z zamkniętymi oczyma, z głową przechyloną na bok.
- O w mordę! - rzucił Pitt do świata jako całości, starając się szerzej otworzyć oczy - Niezły towar...
- Przypomnij mi, co mówiłeś o tych seksownych wyspiarkach - zadrwił Tran.
- Nie ma czasu, trzeba ją ratować - Pitt wybiegł zza skrzynek z niebywałym jak na niego entuzjazmem do szerzenia ludziom pomocy.
- Hola hola, już ja wiem, jak ty byś ją chciał ratować - Tran też się zbliżył - Trzeba to zgłosić do jakiegoś oficera, sami nie powinniśmy jej ruszać. Może to terrorystka jakaś? Na to nie wpadłeś, co?
- Świetny pomysł Tran! - zgodził się Pitt - To ty leć do Lafaye, a ja jej w tym czasie przypilnuję, żeby nie uciekła i niczego nie wysadziła w powietrze.
- Nie ma mowy trepie! - sprzeciwił się kolega - Albo razem idziemy albo razem tu zostajemy.
- No to ustalone - zamknął dyskusje Pitt, po czym pochylił się nad dziewczyną i złapał ją za dłoń, starając się ustalić puls - Hmm.... ona chyba nie żyje...
- Debilu, nie potrafisz nawet pulsu zmierzyć - Tran uklęknął z drugiej strony - Nie widzisz, że oddycha? Jest chyba nieprzytomna. Pewnie siedziała w tej skrzyni i spadła z paru metrów. Może mieć obrażenia wewnętrzne.
- Proponuję zastosować resuscytacje usta-usta - uśmiechnął się Pitt - To zawsze pomaga.
- No nie wiem, chyba lepiej będzie, jak ją zabierzemy do ambulatorium - sprzeciwił się Tran - Poza tym, ona oddycha, więc jak ty ją chcesz resuscytować.
- Normalnie - wzruszył ramionami kolega, uśmiechając się stopniowo w typowo męski sposób - Przykładając usta do jej ust i wdmuchując powietrze, po czym naciskając na klatkę piersiową.
- Twoje powietrze, może jej tylko zaszkodzić - powiedział Tran - Złap ją za nogi i bierzemy ją na gorę.
- Poczekaj, lepiej będzie jak...
Pitt nie zdążył do kończyć zdania. Zdążył tylko poczuć ogarniającą go fale przyjemnego, relaksującego ciepła. Przewrócił się za siebie na skrzynkę, po chwili kładąc się na boku i zapadającego w głęboki sen, z głupim uśmieszkiem na twarzy. Tran padł krótko po nim.
- Kretyni! - zdenerwowała się Nicole, wstając i otrzepując krótkie spodenki - Dłużej nie mogliście czekać, co?
Kilroy i Haji stali dwa metry dalej, jeszcze prostując dłonie po wykonanym zaklęciu. Łysy dryblas nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Chciałem zobaczy jak cię reanimują - powiedział w końcu, przecierając łzy w oczach. Haji też się zaśmiał, ale starał się to przynajmniej hamować.
- Na prawdę, bardzo śmieszne - zadrwiła Nicole, a jej twarz przybrała złowrogi grymas - Zróbcie tak jeszcze raz, a to was będzie trzeba reanimować.
- Dobra, nie denerwuj się, tylko mów co dalej - powiedział Kilroy, kończąc się śmiać - Obezwładniliśmy ich tak jak chciałaś, jest już trochę za późno, żeby się wycofać. A skoro nas tu przyprowadziłaś, to pewnie masz jakiś plan.
- Jasne, że mam - powiedziała dziewczyna - Oni są do was podobni wzrostem, zauważyliście? Szczęście się do nas uśmiechnęło.
- No tak, mogłem się domyślić - Kilroy odetchnął ostentacyjnie i przetarł czoło - Mamy się przebrać w mundury, a ich związać i zamknąć w jakimś schowku. Kurcze, ale oryginalne...
- Masz lepszy pomysł? - zapytała Nicole z wyrzutem.
- Liczyłem na to, że ty masz jakiś dobry - odparł chłopak.
- Nawet jeżeli przebierzemy się za nich - powiedział Haji, starając się mówić spokojnie - To i tak ktoś pozna, że nie jesteśmy członkami załogi. Nikogo tu nie znamy, a jeszcze możemy się nadziać na Jellis, która chyba jest na pokładzie, a ta nas pewnie rozpozna. Nie mamy co zrobić z tymi palantami, obudzą się za parę minut i nawet jak ich zwiążemy i zakneblujemy, to w końcu ktoś ich znajdzie i będziemy ugotowani.
- Haji ma racje - pokiwał głową Kilroy - Poza tym, nie mamy munduru dla ciebie, a to ty tutaj nas wpakowałaś w to bagno.
- Dobra, przyznaje, że wszystko można było lepiej dopracować - powiedziała - Ale już nic innego nie zrobimy. Nie wejdziemy tam tak jak jesteśmy, jedyna droga na pokład to podszycie się pod załogę. Jak szczęście będzie nam dalej sprzyjało, to znajdziemy Rena i Dunkana zanim biali pokumają się co i jak.
Haji i Kilroy wymienili spojrzenia. Widać, że nie byli zadowoleni.
- No co? - spojrzała na nich - Zabierzcie ich gdzieś w kąt i wkładajcie ich mundury, potem ich zwiążemy i zamkniemy w skrzyniach.
- Mam złe przeczucia - powiedział Haji łapiąc nieprzytomnego marynarza za ramiona i ciągnąc go w stronę lewej burty.
- Nie ty jeden - dodał Kilroy łapiąc drugiego.
Nicole założyła ręce na ramiona, patrząc, na kolegów. Nagle dreszcz przeszedł ją po plecach, a oddech zamarł.
- Macie bardzo słuszne przeczucie dzieci - kobiecy głos odezwał się zza skrzynek. Po chwili wolnym krokiem wyszła zza nich wysoka kobieta, o jasnych blond włosach spiętych w kok. Nie miała więcej niż 30 lat, ale w jej wyglądzie i sposobie bycia było coś, co nawet bez zauważalnych na ramionach szlifów dawało poznać, że kobieta jest oficerem. Lewą rękę wyprostowała w kierunku Nicole i stojącymi za nią Kilroy'em i Haji'm, którzy z przerażeniem unieśli głowy - Ręce za głowy i kłaść się na ziemię.
- W nogi! - krzyknęła Nicole, kiedy Haji i Kilroy chcieli już spełnić rozkaz. Szybko wyskoczyła w ich kierunku, biegnąc co sił. Zamarła w pół kroku, z otwartymi szeroko oczami i ustami. Kilroy złapał ją, zanim upadła na ziemię. Wszystkie jej mięśnie były sztywne i nieruchome jak głaz.
- To jak? - zapytała kobieta, uśmiechając się. Chłopcom przez moment wydała się bardzo podobna do Quistis Trepe - Chcecie uciekać?
Obaj pamiętali, jak rok temu, na jednym z ich pierwszych zajęć z paramagii, na własnej skórze doznali paraliżu petryfikacyjnego. To było jedno z najgorszych doświadczeń w całym ich życiu. Wiedzieli, jak się czuję teraz Nicole i nie mieli ochoty czuć tego samego. Obaj unieśli dłonie do góry i założyli je za głowy. Kobieta uśmiechnęła się.


Rozdział XXIII



Wielka hala, w której skryta była stacja kolejowa w Timber, była gwarna o każdej porze dnia i roku, prawdopodobnie od dnia, w którym powstała. Mająca 26 peronów, obsługująca ponad 1000 pociągów dziennie, stanowiła serce i duszę miasta, główną przyczynę jego szybkiego rozwoju i bogactwa. To największe miasto w Galbadii stało się centrum międzykontynentalnego handlu po tym, jak 4 lata temu na powrót otwarta została linia transoceaniczna do Salt Lake i Esthar. Chociaż kolej jest w całej Galbadii, każdy pociąg prędzej czy później trafia tutaj, do "światowej magistrali", jak mawiać zwykli mieszkańcy.
Z megafonów na peronie trzynastym dobyły się dwa tony, po których kobieta o przyjemnym głosie zawiadomiła oczekujących o zbliżającym się pociągu linii Balamb-Timber. Pomimo napiętych stosunków między Galbadią, a wyspiarzami, perony od dwunastego do szesnastego, obsługujące połączenia z Balamb zawsze były oblegane przez turystów i kupców. Po kilku minutach, pociąg wjechał do hali, hamując z wolna, aby w końcu stanąć, wypuścić i parę z tłoków. Ludzie zaczęli wychodzić z otwierających się wagonów.
- No nareszcie - Alice zeskoczyła na peron i wyciągnęła się leniwie. Ren i Dunkan wyszli za nią. Następna wyszła Fujin, potem Seifer, a na końcu Raijin, niosąc ze sobą wielką torbę, a także rzeczy dzieciaków. Stęknął głośno stawiając ostatni krok i pochylił się łapiąc oddech, odstawiając na moment wszystkie bagaże.
- Dunkan... - mulat spojrzał na blondyna, który odwrócił się i uśmiechnął.
- Zakład to zakład - odrzekł - Kto przegrywa, ten niesie torby wszystkich.
- Chodź Rai, nie mamy całego dnia - krzyknął do niego Seifer, idąc w stronę schodów prowadzących pod peron. Mulat przetarł czoło, zaparł się i zarzucił torbę na plecy, bagaże Rena, Dunkana i Alice ujmując w muskularne dłonie. Zachwiał się przez chwilę, po czym ruszył za towarzyszami.

- Dzięki Raijin - powiedziała Alice, kiedy kilka minut po pozostałych, Raijin wszedł do hotelu. Stawiając na ziemi bagaże i zrzucając z pleców torbę - To niesamowite, że udało ci się to wszystko udźwignąć - dodała z podziwem.
- No fakt, w Triple Triada jesteś gorszy od Rena, ale krzepę masz jak niedźwiedź - pokiwał głową Dunkan. Raijin usiadł na sofie pod przy drzwiach wejściowych, przecierając czoło i dysząc ciężko. Ren sięgnął do swojego plecaka i wyjął butelkę wody z bocznej kieszeni, podając ją mężczyźnie, który zaczął pic łapczywie. Seifer zdążył już stanąć przy recepcji, czekając aż kilku gości stojących przed nim zostanie obsłużonych przez recepcjonistkę. Fujin oparła się o ścianę przy drzwiach prowadzących do pokoi, rozglądając się po pomieszczeniu. Hotel Timber był urządzony w starym stylu, prawdopodobnie niewiele zmieniło się w nim od kilkunastu lat. Nie miał w sobie tyle uroku, co hotel w Balamb, będący chlubą miasta, zapewniający gościom najwyższe standardy pobytu. Ze wszystkich hoteli w mieście, ten był niewątpliwie najstarszy, a tym, co najbardziej rzucało się w oczy po wejściu do niego, była makieta pasma górskiego i miasteczka, po której jeździł w kółko mały, elektryczny pociąg. No ale, skoro kolej jest tak ważna w mieście, to jej akcentu zabraknąć nie mogło i tu, w pierwszym miejskim hotelu.
- Witamy w Hotel Timber - powiedziała młoda recepcjonistka, stojąca za drewnianą ladą, witająca gości miłym uśmiechem - Chcą państwo spędzić u nas noc?
Seifer podszedł do niej i odwrócił się w stronę stojącej kilka metrów dalej Fujin, dając jej znak ręką. Kobieta zbliżyła się i z bocznej kieszeni swojej marynarki wyjął kartkę papieru, którą blondyn wręczył dziewczynie za ladą.
- To list uwierzytelniający od dyrektora Kinneas'a z Ogrodu Galbadia - powiedział - Rezerwacja na nazwisko Almasy.
- Hmm... - kobieta spojrzała w dół, na jakąś niewidoczną dla gości listę - Tak, figuruję pan na liście. Dwa pokoje już dla państwa czekają, oto klucze.
Dziewczyna odwróciła się i zdjęła dwa klucze ze specjalnej półki, po czym wręczyła je blondynowi.
- Boy zaniesie wasze bagaże do pokoju. Życzę miłego pobytu. - rzuciła uprzejmie.
- Taa... - uśmiechnął się Seifer - Dzięki.
Odwrócił się do towarzyszy. Alice przechadzała się wzdłuż holu, śledząc trasę elektrycznej kolejki i przyglądając się miniaturowej stacji po drugiej stronie. Ren i Dunkan siedzieli na sofie obok swoich bagaży.
- Mamy dwa pokoje na parterze - powiedział, zbliżając się do chłopaków i Raijina - Zostaniemy tutaj na noc, jutro rano wypożyczymy samochód i pojedziemy do tej wioski. Jest jeszcze wcześnie, więc możecie przejść się po mieście. Bądźcie tu z powrotem najpóźniej o dwudziestej.
Dunkan i Ren uśmiechnęli się. Wzięli trochę oszczędności i planowali nabyć coś w mieście. Mawiało się w końcu, że jeżeli nie można czegoś kupić w Timber, to nie można tego kupić nigdzie.
- Rai pójdzie z wami - dodał Seifer - To niebezpieczne miasto, a my tu podobno jesteśmy po to, żeby nic wam się nie stało.
- A pan nie ma zamiaru wyskoczyć na miasto? - zagadała rezolutnie Alice. Seifer wymienił spojrzenia z Fujin, stojąca kilka metrów dalej, opierając się plecami o framugę drzwi. - Mamy tu coś do załatwienia - powiedział.

- Ciekawe co mają do załatwienia - zastanowiła się głośno Alice, idąc obok chłopców przez wąską, kamienną uliczkę, prowadzącą pomiędzy wysokimi, starymi budynkami.
- Jak długo nie dotyczy to nas, mogą robić co chcą - powiedział Dunkan uśmiechając się - Hmm... ale wyobraźnia podpowiada mi wiele rzeczy.
- Myślisz, że oni..? - zapytał retorycznie Ren, unosząc jedną brew i uśmiechając się głupio - Cóż... są różne gusta.
- Ej przestańcie - Alice szturchnęła Rena, kiedy grupka wychodziła właśnie na jedną z szerszych, komercyjnych ulic. Skręcili w lewo, wtapiając się w turystów i mieszkańców, przechadzających się alejką i rozglądających się po straganach, w poszukiwaniu interesujących dóbr. Zaczęło być gwarno i coraz tłumniej, a prawdziwy bazar dopiero miał się pojawić na końcu ulicy.
- Wydaje się, że znają się długo - Ren kontynuował temat - To chyba naturalne, że oni... no chyba, że... ona woli Rai'a...
- Lubicie sobie pogadać o nie swoich sprawach, co nie? - odezwał się Raijin, idący ciągle krok za nimi - Jakby Fujin tu była, to, wierzcie mi, już byście nie żyli.
- Rozumiem, że wiesz, gdzie oni poszli, no nie? - zapytał Dunkan lekko się uśmiechając.
- Może i wiem - Raijin zatrzymał przez chwilę wzrok na jednym z przydrożnych stoisk z okularami przeciwsłonecznymi - Ale wydaje mi się, że nic wam do tego, no nie?
Największy rynek w Timber, zwane Wielkim Bazarem, znajdowało się kilkaset metrów od głównej stacji kolejowej. Nie był tak malowniczy, jak mniejsze targowiska, rozsiane po starszej, mniej industrialnej części miasta. Wielki Bazar składał się z setek stoisk, połączonych z sobą w niewielkie kwadraty, pozwalające kupującym lawirować między nimi we wszystkich kierunkach. Dalej znajdowały się magazyny - w większości stare budynki z rudej cegły, wynajmowane kupcom do przechowania dóbr, które przywieźli ze sobą do Timber z zamiarem sprzedaży. Ren i Dunkan znali dobrze targ w Balamb - znacznie mniejszy, ulokowany niedaleko doków, gdzie ryby i owoce morza były głównymi dobrami oferowanymi przez sprzedawców. Jednak nawet w najaktywniejszych godzinach, targowisko w Balamb nie było oblegane tak, jak to, które malowało się przed nimi. Setki tłoczących się klientów, przekrzykujący się wzajemnie kupcy, kakofonia dźwięków wszelkiej maści, robiąca potworne wrażenie na kimś, kto przywykł do spokojnego, wyspiarskiego życia.
- Fajne miejsce, co nie? - zapytał Raijin, uśmiechając się do podopiecznych.
- Mam wrażenie, że jak tam wejdę, to zostanę zdeptany - powiedział Ren.
- Spokojnie, w środku nie jest tak tłoczno - odrzekł mulat - A wszyscy pewnie chcielibyście coś kupić, no nie? Trzymajcie się tylko blisko mnie i lepiej uważajcie na swoje pieniądze - możecie nawet nie zauważyć, jak ktoś wam je podprowadzi.
Trójka kadetów ruszyła za Raijinem, który zaczął iść wzdłuż targowiska, szukając odpowiedniego miejsca, aby wejść na jego teren. Wielki Bazar wydawał się być rajem dla wszelkiej maści złodziei i kieszonkowców. Tuż przy końcu targu Raijin wszedł w alejkę pomiędzy boksami, przeciskając się pomiędzy ludźmi. Ren cieszył się, że Raijin idzie z nimi - dzięki swoim gabarytom skutecznie torował im drogę i chronił przed stratowaniem. Bez zatrzymywania się minęli kilka pierwszych boksów, zwalniając dopiero, w mniej obleganym fragmencie w środku targu.
- Mówiłem, że w środku jest luźniej, co nie? - powiedział Raijin do chłopców i Alice, przystając w końcu i odwracając się do nich - Stąd możemy zadecydować gdzie chcemy iść.
- Idźcie gdzie chcecie - powiedział Dunkan, patrząc budynek, bezpośrednio przylegający do bazaru kilka metrów dalej - Ja już znalazłem to, po co przyszedłem.
Na ścianie budynku widniał sporej wielkości afisz, z napisem zrobionym z lamp neonowych, w tej chwili jeszcze nie zapalonych. Grafika przedstawiała mężczyznę w czarnym kapeluszu, z tajemniczym wzrokiem i lekkim uśmieszkiem na twarzy, w ręce trzymającego pięć kart, których kształt i wygląd był chłopcom dobrze znany. Napis pod nim głosił "Triad Lord". Grupka zbliżyła się do przeszklonej wystawy sklepowej po prawej stronie drzwi, na której pokazanych było kilka kart oraz innych akcesoriów do gry w Triple Triad, takich jak profesjonalna plansza, czy kryształowe znaczki elementów, przeznaczone do gry na specjalnych zasadach.
- Mają karty z szóstej serii - powiedział Dunkan, unosząc brwi - Patrz Ren, to limitowana edycja kart dziesiątego poziomu.
Blondyn wskazał palcem na pięć kart, umieszczonych w niewielkich gablotkach, obracających się powoli wokół osi, na malutkich platformach. Cyfry na ich powierzchni wyglądały na pozłacane.
- No nie! - złapał się za głowę Raijin, podchodząc bliżej, patrząc wystawę.
- Jak Dunkan tam wejdzie, to go nie zobaczymy do wieczora - powiedział Ren - a ja chciałem iść coś kupić.
- Ja też chciałabym pójść gdzieś indziej - przyznała Alice.
- To idźcie, ja zostanę tutaj - odrzekł Dunkan - Wchodzisz ze mną Raijin?
- Lepiej będzie, jak będziemy się trzymać razem, no nie? - odpowiedział mulat - Na pewno nie chcecie wejść do środka?
- Nie specjalnie - odpowiedział Ren - Nie jestem takim fanatykiem Triple Triad'a, jak Dunkan.
- Niech idą, przecież nic im się nie stanie - powiedział Dunkan, patrząc na Raijina - Przed kieszonkowcami i tak byś ich nie obronił, a jakby ktoś ich napadł, to sobie poradzą. Mają przy sobie trochę paramagii.
- No nie wiem - Raijin podrapał się po głowie, przestępując z nogi na nogę.
- Poradzimy sobie - Alice uśmiechnęła się do niego i do Rena - Będziemy w hotelu przed dwudziestą, możesz się nie martwić.
Raijin zamyślił się przez dłuższą chwilę. Spojrzał na szyld sklepu i z wyrazem niepewności odwrócił się do dwójki kadetów.
- Dobra, ale będziecie na siebie uważać, no nie? - stwierdził - Jakby coś wam się stało, Seifer i Fujin by mnie zabili.
- Spokojna głowa Rai - uśmiechnął się Ren, powoli odchodząc w przeciwną stronę - Miłego grania.
- Taa... - twarz mulata ciągle wyrażała niezdecydowanie. Odprowadził ich wzrokiem, dopiero po chwili postanawiając wejść do środka.

Ren był bardzo zadowolony z tego, że Raijin póścił ich na miasto bez opieki. Był pewien siebie, wiedział, że będzie w stanie obronić się w razie problemów, z pomocą posiadanej paramagii. Po cichu liczył nawet, że pojawią się jakieś kłopoty, nawet kilka razy wcześniej wyobrażał sobie przed snem, jak powinny one wyglądać. Kilku zbirów wyskakujących zza rogu, przestraszona Alice kryjąca się za jego plecami i on, stojący pewnie, zimnym wzrokiem mierzący napastników. Potem słowa w stylu "trzymaj się blisko mnie", wypowiedziane do dziewczyny, po których następuje krótka, lecz widowiskowa walka. Zbiry leżą nieprzytomne, a dziewczyna dziękuje mu w jakiś słodki sposób. Ren uśmiechnął się do siebie.
Alice podobała mu się, tego nie mógł zakwestionować. Jednak coś w jej zachowaniu oddalało ją od jego wyidealizowanych wyobrażeń. Była bardzo opanowana i, choć nie znał jej jeszcze za dobrze, czuł, że nie byłaby podatna na chowanie się za jego plecami w strachu. Nie widział tego na własne oczy, ale wraz z jego siostrą i Claire, blondynka walczyła z Minotaurem w dormitoriach i, w przeciwieństwie do Ren'a, nie wyszła z pojedynku ciężko ranna i ledwo żywa. No ale, w końcu była kadetką SeeD, więc musiała umieć walczyć. Czasem Ren żałował, że dziewczyny z Ogrodu Balamb są takie... no właśnie, jakie? Zbyt silne, dobrze wyszkolone, potrafiące walczyć nie gorzej od mężczyzn? To przecież nie były wady, ale kolidowały nieco ze stereotypowym poglądem, jakiego jeszcze nie zdążył się pozbyć - że dziewczyny z definicji powinny pozwolić się bronić mężczyznom, a jeżeli już mają parać się paramagią, to wyłącznie ochronną lub leczniczą. 'Mam trzynaście lat' powtarzał sobie 'Jestem trochę za młody na takie myśli'. Ale mimo to...
- Hej Ren, słuchasz mnie w ogóle? - wyrwała go z zamyślenia Alice.
- Sorry - uśmiechnął się - zamyśliłem się na moment.
- Jest 19:30 - powiedziała patrząc na zegarek na prawym nadgarstku - Powinniśmy wracać do hotelu. Chyba dosyć już nakupowaliśmy.
Ren przytaknął - i tak nie miał już kasy na dalsze wydatki. Na bazarze kupił sobie nową grę konsolową, plakat i profesjonalnie wyglądający nóż z plastikową rączką. Pomyślał, że skoro lepiej nie podróżować po tym kontynencie z gunblade'm na plecach, to wypadałoby mieć przynajmniej nóż do obrony. Alice przez pół godziny kręciła się pomiędzy kilkoma stoiskami z koralikami, pierścionkami i inną biżuterią. Niezdecydowana, co chwilkę pytała się Ren'a, czy ten konkretny dodatek by jej pasował, a że ten w sprawach mody był całkowitym ignorantem, przytakiwał jej tylko i czekał cierpliwie. W końcu kupiła sobie parę kolczyków z jakimiś błękitnymi kamieniami w środku, które sprzedawca reklamował jako turkusy. Kiedy zaczęło się ściemniać, oboje kupili sobie po kebabie, powoli zmierzając do wyjścia z targowiska. Chociaż spędzili razem kilka godzin, nie rozmawiali przez ten czas na żaden konkretny temat, wymieniając tylko pojedyncze uwagi, na temat mijanych stoisk i atrakcji. Ren miał wrażenie, że powinien rozpocząć jakąś rozmowę, ale czuł się głupio - teraz, kiedy został z Alice sam na sam, nie potrafił swobodnie rozmawiać, tak jak wtedy, kiedy spotkał ją pierwszy raz, na balu inauguracyjnym.
Wyszli z bazaru na wschód, przechodząc ciasną alejką, idąc w stronę głównej stacji. Po chwili wyszli na niewielkim placu przy jakimś pubie.
- Jak pójdziemy na lewo, to powinniśmy znaleźć drogę do hotelu - powiedziała Alice, wskazując dłonią schody, prowadzące z placu na ulicę.
- W razie czego zapytamy się miejscowych o drogę - dodał, ruszając za dziewczyną. Zatrzymał się nagle i zmarszczył czoło. Alice też stanęła.
- Słyszałaś? - zapytał.
- Ktoś powiedział "Seifer" - potwierdziła. Oboje słyszeli męski głos dobiegający z alejki kilkanaście metrów dalej. W alejce za pubem ktoś rozmawiał i użył imienia "Seifer". Ren podszedł bliżej do zaułka, Alice ruszyła za nim, zachowując ciszę.
Zaczynało już być ciemno, ale oboje zobaczyli trzy osoby, stojące obok tylnego wejścia do pubu. Zaułek kończył się przy nim niewielką otwartą przestrzenią pomiędzy dwoma budynkami, gdzie znajdowały się śmietniki i schody pożarowe. Seifer, Fujin i niski mężczyzna o ciemnej karnacji wychodzili właśnie z wnętrza pubu, zatrzymując się przy czymś, co wyglądało jak składzik, wykonany z przerdzewiałej blachy. Alice przykucnęła i ruszyła szybko przed siebie, klękając za śmietnikiem kilka metrów dalej, zbliżając się do rozmówców.
- Idziesz? - szepnęła do niego. Ren zbliżył się szybko, klękając przy dziewczynie. Oboje umilkli, wsłuchując się w rozmowę.

- Kopę lat - powiedział nieznajomy pogodnym, lekko zachrypniętym głosem - Co was sprowadza do Timber?
- Mam do ciebie parę pytań Roy - powiedział Seifer spokojnie - Żyjesz ze zdobywania informacji, ciężko o lepiej rozeznanego człowieka w tym mieście.
- No faktycznie, niewiele rzeczy mi umyka - zaśmiał się cicho Roy - Ale może się okazać, że mnie przeceniasz.
- Powiedz co wiesz o czarownicy, która dwa tygodnie temu porwała Caraway'a - zapytał blondyn, przechodząc od razu do sedna.
- O czarownicy mówisz? - chociaż nie mógł tego widzieć, Renowi wydawało się, że mężczyzna się uśmiechnął - Może coś wiem, może nie... to zależy.
- Fujin - powiedział krótko Seifer. Krótki świst i Ren aż zacisnął zęby, gdy usłyszał metaliczny trzask pękającej blachy. Coś wbiło się w składzik i Ren miał wrażenie, że wie co.
- Nie mam czasu na żarty Roy - powiedział Seifer zimnym głosem - Nie chcę ci grozić, ale na twoim miejscu nie chciałbym, aby Fujin sięgnęła po drugi dysk.
- Heee... - mężczyzna wydał z siebie ciężki do zdefiniowania dźwięk, z pogranicza stęknięcia i westchnienia - W całej Galbadii to dosyć trudny temat. Do prasy trafia dosyć niewiele informacji, rząd stara się tuszować sprawę, a ludzie wybrali sobie Ogród Balamb jako wygodnego kozła ofiarnego. W końcu SeeD mieli go chronić, a gdyby nie interwencja Ogrodu Galbadia, moglibyście stracić więcej ludzi.
- Konkretnie - przerwał Seifer - Co wiesz o czarownicy.
Przez chwilę zapadło milczenie. Ren czuł, że blondyn i Roy siłują się teraz na spojrzenia.
- To nie ona, jeżeli chcesz wiedzieć - powiedział po chwili nieznajomy - Widziałem zdjęcia, ta dziewczyna nie ma więcej niż 16 lat.
- Wiem - odrzekł Seifer - Ale może wiesz kim jest i jaki ma interes w porywaniu Caraway'a.
- Krążą tylko plotki, sam nie jestem pewien. Jedni twierdzą, że jest po stronie skrajnych opozycjonistów, którym nie podoba się polityka Caraway'a i nie chcą go widzieć na stanowisku. Inni sądzą, że to wróg ludzkości i chcę osłabić kraj poprzez porwanie jego przywódcy. Pasowałoby to do porwania Leonhart'a od was.
- Myślałem, że wieści o tym nie opuściły wyspy - zdziwił się blondyn.
- Mam znajomych na wyspie - uśmiechnął się - Także w Ogrodzie.
- Więc pewnie wiesz też o ludziach w czerni, którzy towarzyszyli czarownicy i zaatakowali Ogród - stwierdził, po czym zadał pytanie - Wiesz coś o nich?
Roy mruknął pod nosem i zamilkł na chwilę.
- Ludzie w czerni mówisz - stwierdził ciszej - Nie wiedziałem, że ktoś pomagał czarownicy w Balamb... to dziwne.
- Co jest dziwne? - zapytał Seifer - To, że ktoś nie przekazał ci takiej informacji?
- To mnie akurat nie dziwi, informacje, które dostałem były dosyć powierzchowne - odrzekł Roy - Powiedz mi, czy ci w czarnych uniformach, byli w młodym wieku?
- Trepe powiedziała mi, że część nie miała osiemnastu lat... coś nie tak?
- Dzisiaj rano wydarzyło się coś podejrzanego - powiedział Roy - Jak wiesz, sprzedaję różne informacje ludziom z Lokomotiv Tribune, Timber Maniacs i innych lokalnych gazet. Wczoraj byłem w siedzibie TM i rozmawiałem z Higgs'em, ich redaktorem naczelnym. Kiedy z nim rozmawiałem, do redakcji wpadło dwóch gnojków, ledwo pełnoletnich. Obaj nosili się w czarnych uniformach i zagadali do jakiegoś redaktora. Usłyszałem, że chcieli dowiedzieć się gdzie mieszka jeden z emerytowanych reporterów Timber Maniacs. Znasz go na pewno, gość nazywa się Laguna Loire.
Ren spojrzał na Alice. Wiedział, że to nie przypadek - to musiałbyś ten sam Laguna.
- Na początku redaktor wstał i kazał im się wynosić - kontynuował mężczyzna - ale jeden z tych szczyli wystawił rękę i wysadził stojący obok komputer w powietrze jakimś zaklęciem. Gość powiedział im, że facet mieszka we wsi Winhill, kilkaset mil na południowy-zachód od Timber. Obaj wyszli chwilę po tym, zostawiając milczących redaktorów przerażonych i zdziwionych. Gość co z nimi rozmawiał miał pełne gacie, mówię ci.
- Pojechali do Winhill? - Seifer podniósł głos.
- Najprawdopodobniej - odrzekł Roy - Przypuszczam, że po to zapytali. Wszystko gra?
- Tak - odpowiedział po chwili - Musimy wracać do hotelu. Dzięki za pomoc Roy.
- Spoko - odpowiedział. Ren słyszał kroki, kierujące się w stronę tylnego wejścia pubu - Ale następnym razem chociaż postaw mi w zamian piwo. Ja żyję z tego, że...
Drzwi zaskrzypiały i zamknęły się, głos rozmawiających ucichł. Ren i Alice wstali po chwili.
- Chyba nie tylko mamy sprawy do załatwienia w Winhill - powiedział Ren - Jeżeli to faktycznie ci ludzie, co napadli na Ogród, to możemy mieć problem.
- Seifer, Fujin i Raijin będą z nami, poradzimy sobie - powiedziała spokojnie, po czym spojrzała na zegarek - Lepiej wracajmy do hotelu, jesteśmy już spóźnieni.
Oboje wyszli z zaułka. Czuli, że jutro czeka ich długi dzień.


Rozdział XXIV



Nicole powoli ruszała szyją na boki, rozprostowująca palce. Siedziała na czymś, co przypominało szpitalne łóżko, a stanowić miało pryczę w pokładowym areszcie. Czuła się bardzo źle, nie tylko z powodu zdrętwiałych kończyn, powoli odzyskujących sprawność. Milczała, starając się nie patrzeć na kolegów.
- Teraz pewnie przyślą tu jakiegoś oficera, żeby nas przesłuchał - powiedział Kilroy, przechadzając się po niewielkim pokoju. Nie wyglądał na zmartwionego, pomimo faktu, że został zamknięty w celi jak kryminalista, a jedyna droga na zewnątrz prowadziła przez stalowe drzwi - Może powinniśmy opracować jakiś plan ucieczki? Można by spróbować wywalić szybę w oknie i wyskoczyć na zewnątrz.
- Raz, Wielki Brat patrzy i pewnie zareaguje - zaczął wyliczać Haji, siedząc na łóżko obok Nicole. Uśmiechnął się w kierunku kamery wiszącej w rogu celi. Patrząc na łysego przyjaciela, wyliczał swoje argumenty na palcach - Dwa, to pancerna szyba. Trzy, okno ma jakieś 30 centymetrów średnicy, nie ma siły, żebyśmy przez nie przeszli. Cztery, na zewnątrz jest ocean, przesuwający się z bardzo dużą prędkością.
- To była tylko propozycja - uśmiechnął się Kilroy, dalej chodząc w kółko po sali - A może udamy, że ktoś z nas się źle czuje? Jak przyjdzie strażnik, to mu skopiemy tyłek, zabierzemy klucz i uciekniemy.
- Raz, wątpię, żeby ktokolwiek zareagował - zaczął od początki mulat, odwzajemniając uśmiech - Dwa, strażnik będzie dorosłym mężczyzną, najpewniej uzbrojonym, a my nie mamy ani broni, ani paramagii. Trzy, nie mamy gdzie uciec. Jeżeli nie zauważyłeś, jesteśmy na statku.
- To się nazywa negatywne podejście... - Kilroy rzucił przyjacielowi wymowne spojrzenie - No ale w sumie zawsze chciałem zwiedzić trochę świata. Może, zanim nas deportują do Ogrodu, uda nam się zoba...
Nicole wstała gwałtownie, prawie tracąc równowagę. Przeszła niepewnie kilka kroków, nienaturalnie wysoko unosząc nogi, starając się rozciągnąć sparaliżowane ścięgna.
- Wszystko OK? - zapytał sie Kilroy, śledząc wzrokiem Nicole. Dziewczyna nie odpowiedziała.
Obaj chłopcy wiedzieli czemu. Kiedy blondwłosa oficer sparaliżowała Nicole, kazała im ją podnieść i iść razem z nią na wyższy poziom, w kierunku aresztu. Po drodze Kilroy tłumaczył się, że nie mają złych zamiarów, że są kadetami SeeD i przyszli tutaj martwiąc się o przyjaciela, który jest na pokładzie. Odpowiedziała im, że na statku jest tylko jeden oficer SeeD i nikogo więcej z Ogrodu Balamb. Kilroy wiedział, że nie miała powodu, żeby kłamać. Pomimo paraliżu mięśni, niesiona przez niego i Haji'ego Nicole musiała słyszeć te słowa. Rena nie było na pokładzie S.S. Orchidea.
- Słuchaj, naprawdę nie warto się teraz tym przejmować - powiedział spokojnym głosem - Każdy mógł się tak pomylić, to nie twoja wina.
Nicole spojrzała na niego. To wystarczyło za wszelką odpowiedź. Jej spojrzenie wyrażało smutek, wstyd, rezygnację i złość, dawały posmak goryczy, która siedziała w jej wnętrzu, ukryta za milczącymi ustami. Była zła na siebie, nie tylko dla tego, że zadziałała lekkomyślnie, ale też przez to, że wplątała w to przyjaciół. Zdawała sobie sprawę z tego, że to wyłącznie jej wina, że teraz są zamknięci na statku i mają spore problemy. Za mniejsze wykroczenia wyrzucano z Ogrodu.
- Co ja sobie myślałam? - powiedziała cicho, odwracając głowę w kierunku drzwi. Rozprostowała nerwowo rękę, która zaczęła jej drgać.
- Mogliśmy się ciebie nie słuchać albo cię powstrzymać - powiedział łysy - Mamy w tym taką samą winę, jak ty.
- Daj spokój Kilroy - powiedział Haji, trochę poważniej niż zwykle. Przyjaciel zamilkł i odwrócił wzrok od Nicole, która nie chciała w tej chwili ściągać na siebie ich spojrzeń. Trzask metalowej zasuwy przerwał kłopotliwą ciszę, a drzwi otworzyły się z długim piskiem. Wysoki brunet w białym mundurze spojrzał na nich, lekko się uśmiechając.
- Więc to wy jesteście tymi pasażerami na gapę? - zapytał retorycznie - Jedno z was pójdzie ze mną.
- Dlaczego tylko jedno? - zapytał Kilroy prawię natychmiast. W tej samej chwili Nicole podeszła do marynarza.
- Ja pójdę - powiedziała, nie czekając na odpowiedź.
- W takim razie proszę za mną - odrzekł mężczyzna, uchylając drzwi, pozwalając dziewczynie wyjść - Dostaliśmy rozkaz brania was do przesłuchania pojedynczo, więc poczekacie tu na swoją kolej.
Drzwi zamknęły się z piskiem, a zasuwa trzasnęła po ich drugiej stronie, zamykając chłopców samych.

Po wyjściu z archipelagu Balamb, statek zaczął rozwijać żagle do pełnej szerokości, przyspieszając, pozostawiając daleko w oddali tropikalną wyspę. Na zachód od kontynentu Trabia, zaczynał wpływać na zimny prąd oceaniczny z Shumi, któremu towarzyszył chłodny wiatr. Chociaż niebo nad statkiem wciąż było czyste, na horyzoncie widać był linię ciemnych chmur, świadczącą o tym, że pogoda niedługo się popsuję. Słońce zaczynało już zachodzić i prawie cała załoga zeszła z pokładu, zajmując się swoimi sprawami lub wypełniając rozkazy na niższych poziomach S.S. Orchidea. Większość mogła cieszyć się chwilowym spokojem - po odpłynięciu z Balamb, statek miał pełne ładownie, był czysty i oporządzony, a prawdziwa praca zacząć się miała dopiero po dopłynięciu do portu macierzystego. Mimo to, na statku zawsze znalazło się zajęcie, jeżeli komuś trzeba było jakieś znaleźć.
- Mówiłem ci, że powinniśmy iść po jakiegoś oficera - powiedział Tran, pracowicie trąc podłogę mydlącym się mopem - To było zbyt podejrzane.
- Mogłeś iść, ja cię nie powstrzymywałem... - odrzekł Pitt, nie patrząc na kumpla. Przetarł czoło, rzucając okiem na wyczyszczoną powierzchnię, stanowiącą niewielki ułamek podłogi w sektorze oficerskim - Nigdy nie skończymy tego myć.
- Myj, nie gadaj - odpowiedział Tran, mocząc mopa w wiadrze - Jak Gordon tu wróci, a poziom nie będzie się lśnił, to znowu zacznie wrzeszczeć.
- Nie kumam dlaczego dostaliśmy karę - odparł przyjaciel, od niechcenia przesuwając mopa w przód i w tył - Każdy zrobiłby to na naszym miejscu.
- Powinniśmy byli zgłosić to oficerowi dyżurnemu, a nie udzielać pierwszej pomocy - ciemnowłosy przerwał na chwilę, spoglądając na kumpla - Ja ci mówiłem, że nie trzeba było działać na własną rękę, ale ty jak zawsze słuchałeś tylko siebie. Właściwie nie powinienem...
- Ktoś idzie - przerwał mu nagle Pitt, łapiąc mopa oburącz i trąc drewnianą podłogę z nowymi siłami. Tran dołączył do niego w milczeniu, zanim kroki zaczęły był głośniejsze. Starszy marynarz przeszedł obok nich w towarzystwie opalonej dziewczyny o kasztanowych włosach. Oboje minęli ich w milczeniu, nie zatrzymując spojrzeń nawet na chwilę. Tran i Pitt odprowadzili ich wzrokiem, przerywając nagle pracę. Dziewczyna i SeeD zniknęli za zakrętem, przeszli kilkanaście metrów i stanęli przed drzwiami. Pitt wyjrzał za narożnik, patrząc jak nieznajoma wchodzi w towarzystwie marynarza do jednej z kajut oficerskich.
- Gdzie poszli? - zapytał Tran, obserwujący przyjaciela.
- Weszli do kajuty Lafaye - odrzekł z grymasem na twarzy. Podszedł powoli do swojego wiadra z wodą i podniósł je, kierując się za zakręt.
- Chcesz ich podsłuchiwać? - zapytał się Tran. Z mieszanymi uczuciami chwycił własne wiadro i ruszył za nim.
- Gdzie tam - uśmiechnął się Pitt - Mamy umyć cały poziom, więc możemy zająć się podłogą przed drzwiami do kajuty Lafaye.
- Jeżeli Gordon tu przyjdzie - powiedział ciemnowłosy, stawiając cicho wiadro i skupiając się na myciu jednej z desek w podłodze - To powiem, że ty mnie do tego namówiłeś.

Chociaż kajuta nie była specjalnie obszerna, zagospodarowano ją w pełni i urządzono w podobnym stylu, jak biura administracyjne w Ogrodzie Balamb. Przeszklona szafka z dokumentami, wiszące na ścianach dyplomy i zdjęcia, oraz szerokie, mahoniowe biurko, z rogu którego wystawał monitor komputera. Nicole weszła do środka, starając się przyjąć poważną i odpowiedzialną minę, jednak zdawała sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Kobieta siedząca za biurkiem nosiła mundur jaśniejszy od innych White SeeD, najwyraźniej odróżniający ją od zwykłych członków załogi. Właśnie przeglądała jakieś papiery, obracając się z wolna w fotelu. Prawie całą przestrzeń za jej plecami stanowiło wielkie okno - nie taka okrągła dziura, jaką mieli w celi, lecz prawdziwe okiennice z białymi firankami, które trzepotały lekko, poruszane słonym wiatrem. Kiedy drzwi zamknęły się za Nicole, kobieta odłożyła papiery i bez uśmiechu spojrzała na stojącą przed nią dziewczynę. Siedząca obok niej brunetka również analizowała ją wzrokiem. Nicole dobrze ją znała.
- Usiądź - głos blondynki wyrażał bardziej uprzejmy rozkaz, niż prośbę. Nicole powoli zbliżyła się do fotela stojącego przed biurkiem i usiadła, składając ręce między kolanami. Czuła jak serce zaczyna bić szybciej, a żołądek uniósł się do samego przełyku. Przez kilkanaście długich sekund trwała kłopotliwa cisza. Po niej, oficer zwróciła się do siedzącej obok kobiety.
- Czy to ktoś z twoich uczniów? - zapytała grzecznie. Pozłacana tabliczka na jej biurku sugerowała, że nazywa się Laura Lafaye.
- Jest z klasy innej instruktorki, ale miała ze mną kilka zajęć - potwierdziła Jellis. Niska brunetka o przyjemnych rysach twarzy, najmłodsza z kadry pedagogicznej Balamb Garden. Chociaż ledwo skończyła 20 lat, uznawana była za jedną z najlepiej wyspecjalizowanych instruktorek, zdobywając wiele dyplomów i wyróżnień. Przez kilka lat ćwiczyła bezpośrednio pod okiem Instruktor Trepe i ludzie mówili, że pod wieloma względami przerosła swojego mistrza. Nicole pamiętała ją dobrze - była jednym z instruktorów nauczających Podstaw Paramagii. Sama Selphie Tilmitt, uznawana za eksperta w tej dziedzinie, przyznawała, że Jellis jest od niej znacznie lepsza.
- Jesteś Nicole, prawda? - brunetka zwróciła się do niej - Z klasy instruktor Tilmitt. Pamiętam, że mieliśmy zajęcia w zeszłym semestrze.
- Tak, madam - odpowiedziała cicho, spuszczając lekko głowę.
- Bezprawnie wtargnęłaś na pokład statku i, razem z przyjaciółmi, zaatakowałaś dwóch członków załogi - powiedziała spokojnym głosem Lafaye, opierając łokcie na stole i składając palce - Chyba zdawałaś sobie sprawę z tego, co grozi kadetom SeeD za takie zachowanie.
- Tak, madam - odrzekła, chyba jeszcze ciszej. Mogła jedynie przytakiwać.
- Czy masz do powiedzenia coś na swoją obronę? - zapytała, unosząc brwi. Cisza trwała przez dłuższą chwilę. Nicole czuła na sobie spojrzenia obu przesłuchujących. Z trudem przełknęła ślinę. Wiedziała co chce powiedzieć.
- Madam - zaczęła, drżącym głosem - Ja jestem... chciałam.... ja biorę pełną odpowiedzialność za to co się stało. Tamci dwaj.. oni nie mieli z tym nic wspólnego. To tylko i wyłącznie moja wina.
Znowu zapadła cisza. Czuła jak broda drga jej mimowolnie. Zacisnęła pięści pod biurkiem i odetchnęła głębiej. "Nie mogę się tu rozkleić" pomyślała "Nie mogę!".
- Dobrze, ale powiedz, po co to zrobiłaś? - zapytała Jellis, marszcząc czoło - Co chciałaś osiągnąć? Chciałaś gdzieś dopłynąć?
- Chciałam... - zaczęła Nicole - Myślałam, że na pokładzie jest mój brat. Chciałam się z nim spotkać.
- Twój brat? - Instruktor wymieniła spojrzenia z oficer Lafaye - Ma na imię Len, prawda? To jeden z tej trójki, która straciła przytomność na Balu Inauguracyjnym, tak?
- Nazywa się Ren... madam - dodała pośpiesznie - On został... znaczy... wyruszył na misję specjalną. Tego samego dnia, kiedy w Ogrodzie pojawili się White SeeD. Pomyślałam.... byłam pewna, że jest na pokładzie, madam.
- Włamałaś się na pokład statku tylko po to, żeby go spotkać? - odezwała się tym razem Lafaye - Nawet jeżeli on by tu był, to po co miałabyś się z nim widzieć. On też jest kadetem, prawda? Widzicie się codziennie.
Nicole zamilkła, opuszczając lekko głowę. Z bólem patrzyła wstecz, zastanawiając się dlaczego właściwie to zrobiła. Nie mogła uwierzyć, że stać ją było na coś tak głupiego i nierozsądnego. I to bez żadnego konkretnego powodu.
- Wyjaśnisz nam, dlaczego to zrobiłaś? - naciskała Lafaye. Nicole z trudem zaczęła składać sylaby w całość.
- Ja... martwiłam się o niego - odrzekła w końcu. Nie mogła podnieść głowy tak, aby spojrzeć oficer w oczy - My... znaczy.... on jest jedyną rodziną jaką mam i... kiedy ostatnim razem on...
- Mów głośniej, dziewczyno - Lafaye podniosła głos, przysuwając się bliżej na fotelu.
- Nie chciałam, żeby znowu mnie opuszczał - powiedziała jednym tchem, wyrzucając słowa, które ciążyły jej na sercu. Znowu poczuła, że drga jej broda - Kiedy... on był w Deling podczas tamtej misji... jak dostaliśmy potwierdzenie, że kilku kadetów straciło życie... ja...
Głos złamał się pod ciężarem słów. Zamilkła, opuszczając głowę. Ze wstydem poczuła, jak pierwsza łza ścieka jej po policzku. Jellis wstała ze swojego krzesła, podeszła do niej i uklękła przy jej fotelu.
- Uspokój się, Nicole - powiedziała delikatnym głosem, obejmując ją prawą ręką. Nicole zakryła twarz dłońmi.
"Jak mogłam być taką idiotką?!", krzyczała sama na siebie w myślach, "Co ja sobie myślałam?!". Nigdy nie było jej tak wstyd, nigdy nie czuła się tak upokorzona. Wiedziała, że prędzej, czy później będzie musiała się z tego tłumaczyć. Wszystko układało się po jej myśli, była pewna, że robi dobrze, że to jedyny sposób, aby być razem z Ren'em. Wplątała w to nawet Haji'go i Kilroy'a, którzy kilka razy mówili jej, że nie powinna była tego robić. Słuchała wyłącznie siebie, nie zwracała uwagi na konsekwencje. A teraz, kiedy miała o tym wszystkim opowiedzieć, Nicole potrafiła jedynie zakryć twarz rękoma i płakać.
- Przepraszam, czy mogłabym pomówić z nią sam, na sam - Jellis zwróciła się do oficer Lafaye, która z mieszanymi uczuciami obserwowała całą scenę.
- Weź ją do pokoju obok - powiedziała po dłuższym zastanowieniu - Przyprowadź ją, jak się uspokoi.
Jellis objęła Nicole i wstała razem z nią, prowadząc dziewczynę do drzwi po lewej stronie od wejścia. Nacisnęła złotą klamkę i puściła ją przodem.

Pitt zmarszczył czoło, starając się jeszcze bardziej przycisnąć ucho do drzwi.
- Słyszałeś co mówiła? - zapytał się szeptem kolegi.
- Nie zupełnie - Tran odrzekł całkiem szczerze. Odkleił się od drzwi i rozejrzał na boki, patrząc, czy nie zbliża się jakiś oficer - Mówiła strasznie cicho, chyba płakała...
- Cii... - Pitt uniósł palec lewej ręki w górę, uciszając kolegę. Inne drzwi zamknęły się po drugiej stronie, potem usłyszał kilka słów Lafaye i obecnego w środku marynarza. Kiedy drzwi do pokoju otworzyły się raptownie, Pitt prawie wpadł do środka głową na przód.
- A wy co tutaj robicie? - zapytał wychodzący, patrząc na dwóch kolegów.
- Ciężko pracujemy, nie widzisz? - odrzekł pytaniem na pytanie blondyn, ujmując mopa w dłonie i trąc pracowicie podłogę.
- Wydaję mi się, że oficer Gordon miałby inne zdanie na ten temat - odpowiedział, odchodząc powoli korytarzem, którym szedł wcześniej z Nicole - O ile się nie mylę, za 10 minut kończy swoją zmianę na mostku i pewnie będzie szedł do swojej kajuty. Radzę sie pośpieszyć.
Marynarz zniknął za zakrętem. Pitt i Tran odnaleźli w sobie nowe pokłady zapału do mycia podłogi, szybko oceniając priorytety.

Kajuta była większa niż wcześniejsza, wyglądała na prywatny pokój oficer Lafaye. Niewielkie biurko, wypełnione różnymi notesami i papierami stało pod ścianą przed nią, a w rogu, tuż pod szerokim oknem, stało łóżko z puchową pościelą. Na podłodze leżał piękny dywan, a znaczną część wytapetowanej na bordowo ściany, pokrywały oprawione zdjęcia, w większości czarno-białe. Nicole nie miała czasu, aby przyjrzeć się temu, co na nich jest. Niewiele widziała, przez zaczerwienione oczy. Jellis odprowadziła ją do fotela przy biurko i pozwoliła osiąść. Uklękła przy niej, kładąc jej dłonie na kolanach.
- Co się stało? - zapytała ciepłym głosem - Powiedz, po co to zrobiłaś?
- Nie wiem - głos jej drżał. Kilka razy nerwowo wciągnęła powietrze, czując napływające do oczu łzy. Nie mogła się opanować - Ja tylko chciałam być razem z nim.
- Jesteście bliźniakami, tak? - zapytała instruktorka - Nie macie innej rodziny?
- Rodzice zmarli w po... pożarze... - odrzekła po chwili. Wciąż nie odrywała rąk z twarzy - Jak mieliśmy d...dwa lata.
Nicole nie pamiętała swoich rodziców. Wiedziała o tym z opowieści jednej z opiekunek z sierocińca. Czasami zdarzały jej się sny, w których wracały strzępy wspomnień z pożaru, ale nic więcej. Od kiedy tylko pamiętała, u jej boku był jedynie Ren. W dzieciństwie praktycznie się nie rozstawali, robili wszystko razem, pomagali sobie w każdych okolicznościach. Zawsze stawali w swojej obronie, wiedzieli też, że zawsze mogą na sobie polegać. Kiedy we wieku 6 lat trafili do Ogrodu Balamb, mieli być w klasach prowadzonych przez różnych instruktorów. Ren płakał i histeryzował, dopóki ktoś nie przeniesiono go tam, gdzie Nicole. Kiedy dorastali, znaleźli sobie nowych przyjaciół, powoli uniezależniając się od siebie nawzajem. Mimo to, Nicole zawsze wiedziała, że nawet jeżeli wszyscy ją opuszczą, będzie miała brata. Niewielu rzeczy bała się w życiu, ale sama myśl o tym, że mogłoby go zabraknąć, przyprawiała ją o prawdziwą grozę. Na tym świecie, miała tylko jego.
- Twój brat był jednym z tych dwóch dzieciaków, które przez przypadek trafiły do Deling, tak? - zapytała się Jellis. Nicole pokiwała głową potwierdzająco - Kiedy podano informacje o pierwszy rannych, statki dopiero wracały do Balamb. Pewnie bardzo się martwiłaś.
Dziewczyna nie potrafiła nawet powiedzieć jak bardzo. Starała się jak mogła, żeby nie było po niej tego widać, ale w nocy, kiedy statki desantowe wracały do Balamb, Nicole nie mogła zmrużyć oka. Bała się, że to on mógł być jedną z ofiar. Kiedy Ren nieprzytomny wrócił do Balamb, siostra odwiedzała go kilka razy dziennie, z niecierpliwością czekając, aż się obudzi. Nie chciała, żeby wiedział o tym wszystkim. Wydawało jej się to trochę wstydliwe, takie przesadne martwienie się o brata. Kochała go najbardziej na świecie, chociaż nie przyznawała się do tego głośno. Wiedziała jednak, że Ren wie i czuje do niej to samo.
- Pewnie nie chciałaś znowu przeżywać tego samego - dalej mówiła Jellis - Nie chciałaś znowu czuć tej niepewności. Nie wiedziałaś co mu może grozić na tej misji, ale nie chciałaś, aby był tam bez ciebie. Tak było, prawda?
Nicole zdjęła powoli ręce, odsłaniając swoją czerwoną twarz i opuchnięte oczy pełne łez. Nie musiała nic mówić, Jellis czytała z niej jak z otwartej książki. Spojrzała na czarnowłosą, która uśmiechnęła się do niej.
- Ja też mam brata - powiedziała instruktorka - Młodszego o 8 lat, ma na imię Jordan. Jest teraz w Ogrodzie Trabia i ćwiczy, żeby kiedyś pójść w moje ślady. Każdy ferie i wakacje spędzam razem z nim i przynajmniej raz w tygodniu wysyłamy sobie nawzajem maile. Tęsknię za nim i martwię się o niego, ale wiem, że jest pod okiem doświadczonych pedagogów. Dla ciebie to pewnie szczególnie trudne, bo spędziliście ze sobą większość życia.
- Boje się, że... że on.. - zaczęła, ale grdyka zacisnęła się mimowolnie. Kiedy kolejne łzy popłynęły z jej oczu, Instruktor Jellis podniosła się i przytuliła Nicole.
- On na pewno też się boi - powiedziała jej cicho do ucha - On też nie chce, żebyś tu została sama i na pewno będzie na siebie uważał. Poza tym, nie pojechał sam. Dyrektor Trepe nie posyłałaby go na misję, gdyby nie była w pełni przekonana, że jest bezpieczny. W końcu, nie jesteście jeszcze SeeD.
Nicole przytuliła się do instruktorki. Była zła na siebie, że to robi, czuła wstyd. Jellis nie była dla niej nikim bliskim, a teraz tuli ją i pozwala wypłakać się na ramieniu. Było jej głupio, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Emocje przejęły władzę, a łzy ciekły dalej po jej policzkach. "Nigdy więcej", powiedziała sobie w myślach, "Już nigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji".

Statystyka

  • Data publikacji: 2006-09-17 16:55:23
  • Autor: Tantalus
  • Artykuł czytany: 2509
  • Głosy oddane: 11
  • Średnia ocen: 8.9

Komentarze (4)

Tantalus ~ 18 stycznia 2007, 06:37
Prace nad rozdziałem XXIII trwają, chociaż teraz mam dosyć skomplikowany moment fabularnie. Spodziewaj się dopiero po sesji egzaminacyjnej, czyli w drugiej połowie lutego.
Ex-Solider ~ 17 stycznia 2007, 18:07
Kiedy bedzie(beda) następne rozdiały
Ex-Solider ~ 04 marca 2007, 21:19
znowu świetny i dobrze napisany rozdział 10/10 [b]Życze powodzenia przy kolejnych rozdziałach [/b] GOOD LUCK !!
LiczniQ ~ 30 października 2007, 13:50
Oceniając fanfik jako całość wystawiłbym "tylko" 9/10 jednak ostatnia częśc jest zdecydowanie lepsza więc daję dychę. Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy!!!

Dodaj komentarz

Wpisz treść komentarza w opowiednim polu. Pamiętaj, że HTML jest niedozwolony.

Niezarejestrowani użytkownicy uzupełniają również pole autora.

Konieczna jest również weryfikacja niezalogowanych użytkowników.

Wypowiedzi obraźliwe, infantylne oraz nie na temat będą moderowane - pisząc postaraj się zwiększyć wartość dyskusji.