The Gunman Tale (Final Fantasy VII) - rozdziały I - IV

Informacja

Ten artykuł wymaga edycji, aby być zgodnym z nowymi zasadami SquareZone. Obecna wersja zostanie wkrótce dostosowana do standardów.


Rozdział I


Ciężkie sklepowe drzwi otworzyły się powoli, wydając przy tym dźwięk, który świadczył, że nie były oliwione przez ostatnie kilka lat. Starszy pan stojący za ladą uniósł od niechcenia głowę i spojrzał na postać stojącą na progu. Ową postacią był młodzieniec odziany w długi, czarny płaszcz, opatrzony białymi ozdobnikami z tyłu. Przeczesał palcami swoje brązowe włosy i spoglądając na sprzedawcę przenikliwymi, czerwonymi oczyma zapytał:
- Czy przyszło już moje zamówienie?
- Dane personalne i dowód tożsamości.... – odpowiedział sprzedawca leniwym głosem
Młodzieniec westchnął i sięgnął do kieszeni płaszcza. Po chwili szukania wyjął z niej białą legitymację, którą podał starszemu panu za ladą. Sprzedawca przeglądał przez chwilę zapisane na kartoniku informacje, po czym skierował wzrok na młodzieńca stojącego przed nim:
- Dave Heartbreak, lat osiemnaście.... – przeczytał na głos sprzedawca, nie ukrywając zdziwienia nazwiskiem klienta.
- Dokładnie tak.... chociaż przyjaciele wołają na mnie czerwony upiór – potwierdził chłopak, pokazując w uśmiechu białe zęby.
Sprzedawca nie zagłębiał się w pochodzenie tego przezwiska, gdyż miał dziwne przeczucie, że tych którzy go używali są już częścią Lifestreamu.... Zamiast tego starszy pan odgrzebał ze sterty dokumentów właściwą kartkę i udał się do sklepowego magazynu. Spacerował chwilę między metalowymi półkami, spoglądając raz po raz na kartkę trzymaną w ręku. W końcu odnalazł odpowiednią paczkę. Jeszcze raz sprawdził, czy numer ewidencyjny się zgadza i zdjął z półki dość dużą, niechlujnie zawiniętą paczkę, po której kształcie można było wywnioskować, iż jest to jakaś broń strzelecka.
- Karabin snajperski z celownikiem optycznym, plus po dwa pudełka amunicji do handguna i peacemakera – powiedział sprzedawca, zacierając ręce na myśl o tym jakie pieniądze może wyłudzić od tego niepozornie wyglądającego młodzieńca – To będzie razem jakieś..... 10000 gil...
- Co?! – oburzył się Dave – Za 10000 mogę sobie kupić czołg i jeszcze mi zostanie. Za snajperkę i amunicję mogę dać maksymalnie 3000.
- W slumsach każdy musi sobie jakoś radzić, a 10000 to i tak nie jest wygórowana cena za tak dobry sprzę..... – sprzedawca nie dokończył zdania, gdyż zorientował się, ze ma przystawiony pistolet do czoła.
- Słuchaj, ujmę to bardzo prosto – powiedział chłopak, trzymając palec na spuście – Mam dzisiaj zły humor i dlatego mogę zupełnie za darmo zrobić ci taki stylowy otwór w czaszce. Jestem pewien, że twój mózg spływający po ścianie w bardzo gustowny sposób wzbogaci estetykę wnętrza tego lokalu.
Sprzedawca chciał się jeszcze targować z młodzieńcem, ale kiedy dostrzegł wściekle czerwony błysk w oczach swego klienta zrozumiał dlaczego mówią na niego czerwony upiór.
- D....do.. dobrze..... 3000 w....wy... starczy – wyjąkał przez zaciśnięte zęby starszy pan
- Widzisz? Wiedziałem, że się dogadamy – rzucił chłopak, po czym położył na stole sakiewkę z pieniędzmi, wziął swoją przesyłkę i opuścił lokal.
Wychodząc na ulicę usłyszał jeszcze wiązankę przekleństw rzuconą przez sprzedawcę, ale tylko go to rozbawiło. Młodzieniec schował nowo nabytą broń wewnątrz swego płaszcza. Nosił ten płaszcz z trzech zasadniczych powodów. Po pierwsze nie rzucał się w oczy na ulicach Midgar, gdzie zawsze panował mrok, po drugie na czarnych ubraniach nie było widać brudu, a po trzecie i najważniejsze łatwo było ukryć w nim broń palną. Jednak mimo wszystko czarny płaszcz miał także jedną irytującą wadę: Można go prać tylko w trzydziestu stopniach, a przy tej temperaturze trudno było wywabić plamy krwi, które często się na nim pojawiały.... i bynajmniej nie była to krew właścicielka płaszcza.

Kilka metrów od drzwi sklepu na Dave’a czekał inny chłopak. Miał on krótko przycięte, platynowe włosy a jego bladobłękitne oczy były wbite w ziemię. Ów chłopak wyróżniał się spośród przechodniów swoim strojem, który przywodził na myśl uniform SOLDIER. Na prawym ramieniu miał wytatuowaną jakąś cyfrę.... prawdopodobnie 0, choć trudno było powiedzieć na pewno, gdyż górną część ramienia pokrywało kilka blizn.
- Czołem, Sleet – rzucił Dave, przystając obok swojego znajomego
- Załatwiłeś? – zapytał krótko Sleet, podnosząc głowę
- Oczywiście – odpowiedział czerwonooki, dumnie pokazując nowo nabyty karabin snajperski – Wyobraź sobie, że stary chciał za niego 10000. Ale na szczęście mam talent do negocjacji i udało mi się stargować do 3000 gil.
- Nie masz żadnego talentu do negocjacji, tylko dwie spluwy przy pasie. Z resztą pewnie znowu zacząłeś wciskać ten kit o czerwonym duchu....
- Czerwonym upiorze!
- Właśnie..... zresztą co za różnica. Jak dla mnie mogłeś nawet przedstawić się jako czerwony wypierdek mamuta......
- Ja cię chyba kiedyś zastrzelę – powiedział Dave ironicznym tonem
Sleet nic nie odpowiedział, tylko gestem głowy wskazał na drzwi od pobliskiego baru. Ten wymowny gest znaczył: „Chodź się napić, ja stawiam”.
Dave rzucił jeszcze tylko okiem na święcący jasnym światłem neon, zawieszony nad sklepem z bronią: „Machine Gun”, po czym poszedł za swoim towarzyszem, wkładając ręce do kieszeni. Chłopak zamyślił się i kiedy miał otworzyć drzwi do baru jakiś dźwięk wyrwał go z zamyślenia. Dave otrząsnął się i zorientował, że dźwięk dochodzi z zaułka przy barze i jest on jednoznacznie wołaniem o pomoc. Młodzieniec niewiele myśląc rzucił się w zaułek mając nadzieję uratować „piękną nieznajomą”....
Po chwili chłopak znalazł się na końcu szarej alejki
- Zostaw ją w spoko...... co?!
Ku swojemu zdziwieniu nie zobaczył tam żadnej „pięknej nieznajomej”, tylko grupkę skinów, którzy najwyraźniej spodziewali, że ktoś ich „odwiedzi”
- No panowie -powiedział jeden z nich, najwyraźniej przywódca – w końcu jakiś idiota złapał się na naszą przynętę
Jego wypowiedzi towarzyszył krótki wybuch śmiechu pośród grupy. Dave nie czekał na reakcję skinów, tylko obrócił się na pięcie i skierował się szybkim krokiem do wyjścia. Nie zdążył wyjść na otwarty teren, bo drogę zastąpiła mu druga część grupy. Był otoczony i na domiar złego spoglądało na niego około dziesięciu, wykrzywionych, łysych głów, z których każda nosiła wyraz twarzy szympansa.
Chłopak przeanalizował sytuację i ocenił swoje szanse. W jego stronę skierowane były trzy zardzewiałe lufy pistoletów, cztery długie miecze i trzy kije baseballowe. Sytuacja przedstawiała się katastrofalnie, ale... „Już z większych opresji wychodziłem cało” – pomyślał Dave - Dobra – powiedział jeden z napastników – oddawaj wszystko co masz, a może puścimy cię wolno. Bohater nie odpowiedział, tylko szybkim ruchem ręki sięgnął do pasa i zanim ktokolwiek się zorientował dwóch napastników leżało na ziemi. Jeden zginął od razu, gdyż kula przebiła mu czaszkę na wylot, a drugi wił się jeszcze w agonii, trzymając się za brzuch. Dave trzymał w wyprostowanych rękach dwa pistolety.
- Właśnie popełniłeś największy błąd w swoim życiu, pop***dolcu – krzyknął przywódca bandy, dając tym samym rozkaz do ataku.
Dave uchylił się, unikając wysokiego cięcia wielkim mieczem, po czym szybkim ruchem ręki trafił właściciela pięścią w podbrzusze. Kiedy ten był zdezorientowany, Dave chwycił go za kark, posługując się nim jako żywą tarczą. Skini z handgunami władowali w „żywą tarczę” dwa magazynki, ale w połowie pierwszego „tarcza” stracił przymiotnik „żywa”. Dave odrzucił zwłoki i odskoczył w bok, oddając kilka strzałów na ślepo. Kolejna dwójka napastników leżała martwa na ziemi. Widząc co się dzieje przywódca gangu wpadł w furię i ruszył na naszego bohatera wściekle wymachując mieczem. Dave wykorzystał przewagę odległości i zanim ten do niego dobiegł miał już w klatce piersiowej kilka kilogramów ołowiu. Straciwszy przywódcę członkowie grupy popatrzyli po sobie, a Dave wciąż trzymał wyciągnięte przed sobą dwa pistolety. Nie lubił takich sytuacji.....
Na jego szczęście skinowie, skoro ich przywódca stał się częścią Lifestreamu, postanowili wycofać się. Schowali broń i w popłochu wynieśli się z alejki. Dave odczekał chwilę, po czym dysząc ciężko także skierował się na otwartą przestrzeń. Schował swoje pistolety, z których wciąż unosiła się smużka dymu i otarł dłonią pot z czoła. Kiedy wyłonił się z alejki dostrzegł Sleeta, opierającego się o ścianę obok.
- I co? – zapytał ironicznie Sleet – Jak tam powiodła się misja ratunkowa?
- Ty cholerny poj***się ! – krzyknął poirytowany Dave, przystawiając mu pistolet do czoła – Zaraz cię zastrzelę! Dlaczego mi nie pomogłeś?
- Nie zastrzelisz mnie – odpowiedział spokojnie chłopak – liczyłem wystrzały... Nie masz już kul w magazynku
Dave pociągnął za spust i..... okazało się, ze Sleet ma rację. Zamiast wystrzału dało się słyszeć tylko głuche pstryknięcie
- Cholera....... ale dlaczego mi nie pomogłeś skoro widziałeś co się dzieje?!
- Bo sam się w to wpakowałeś, bohaterze – rzucił Sleet, po czym pociągnął duży łyk z trzymanej przez siebie puszki piwa – Dorośnij, chłopcze..... W Midgar nie uratujesz żadnej „pięknej nieznajomej”..... jedyne kobiety jakie się o tej porze kręcą po ulicach to dziwki.... a one nie potrzebują twojej pomocy.... chyba ze finansowej.
- Za to, że mi nie pomogłeś masz u mnie duuuuuuuuży minus – powiedział już spokojniej Dave, przeczesując palcami włosy
- Świetnie.... – odpowiedział jego towarzysz nie przejmując się tym zbytnio – Chcesz piwa?
Chłopak pokiwał tylko głową, a Sleet wyciągnął z kieszeni puszkę i rzucił ją niedbale swemu koledze. Dave otworzył puszkę i również pociągnął z niej duży łyk napoju którego smak był zadziwiająco podobny do smaku styropiany, czy gumy..... ale na pewno nie piwa.....
- Skoro chłopczyk kupił już sobie zabawkę i pobawił się ze skinami, możemy już iść do domu? – powiedział szyderczo Sleet, udając dziecinny głosik.
Dave pokiwał głową, wypił resztę zawartości swojej puszki, po czym cisnął ją gdzieś na ulicę. Razem ze Sleetem zaczęli iść szybkim krokiem w stronę sektora 7, mijając po drodze rozświetlone „Honeybee Inn”. Kiedy opuścili Wall Market, Dave zamyślił się. Cofnął się o 9 miesięcy wstecz, kiedy cały sektor 7 był jednym wielkim rumowiskiem i kupą śmieci, a nad Midgar wisiała groźba uderzenia Moteoru. Wszyscy myśleli, ze to już koniec, kiedy miasto otoczyła dziwna aura, wręcz emanująca dobrem. Już samo spojrzenie na nią napawało wielką nadzieją..... nadzieją na lepsze jutro. Nikt nie wiedział jak to się stało, ale owa aura powstrzymała meteor od uderzenia.... Ale dzień powstrzymania Meteoru był również dniem ostatecznego upadku przedsiębiorstwa Shin-ra, a kiedy firma upadła cała złożona struktura społeczna Midgar’u rozpadła się jak domek z kart. Zapanował powszechny chaos, który pewnie trwałby do dziś, gdyby nie interwencja The Turks. Dave wiele razy zastanawiał się dlaczego „psy Shin-ra’y” nagle zaczęły pomagać mieszkańcom, ale fakt faktem, ze to miasto wiele im zawdzięcza. Turks’owie pomogli odbudować ład społeczny i otworzyli na nowo korporację Shin-ra, tym razem pod nazwą „Neo-Shin-ra”. Dzięki ich apelom pół świata przyszło z pomocą Midgar i w ten sposów w niespełna pół roku odbudowano cały sektor 7 i naprawiono zniszczenia wywołane przez Meteor. „Wszystko wydaje się proste..... zbyt proste” – pomyślał Dave – „Teraz nie wiadomo nawet kto tak naprawdę rządzi tym wielkim śmietnikiem....”
Ale Dave’owi było generalnie wszystko jedno.... Nie ważne, czy rządzi Shin-ra, Turks, czy bóg wie kto jeszcze.... ważne, żeby ludziom nie wiodło się gorzej niż teraz.
- Nad czym tak myślisz, filozofie? – zapytał Sleet akcentując ironicznie każdy wyraz
- Nad... niczym – odpowiedział Dave, otrząsając się z zamyślenia
- Tak myślałem – zaśmiał się niebieskooki – Ale przyjmij do informacji, że doszliśmy właśnie do sektora 7
- Ty.... faktycznie – odpowiedział zdziwiony Dave – kto by pomyślał......
- Zwłaszcza, że praktycznie „przespałeś” całą drogę, filozofie........
- ...... Wiesz co? – rzucił czerwonooki – chodźmy jeszcze odwiedzić Tifę w „7-th Heaven”
Sleet kiwnął tylko głową i przyjaciele skierowali się w stronę całkiem nowo odbudowanego baru. Trzeba było przyznać, że fachowcy z Neo-Shin-ra bardzo się postarali, bo cały sektor 7 wyglądał prawie identycznie jak przed jego zniszczeniem. Jedynym minusem jest fakt, że był on trochę opustoszały, bo w końcu większość mieszkańców zginęła, kiedy kolumna się zawaliła. Bohaterowie dochodzili już do drzwi baru, kiedy Dave przystanął:
- Słyszysz?
- Co znowu? – rzucił poirytowany Sleet
- Ktoś chyba woła pomocy – odpowiedział chłopak, wskazując palcem na ślepą uliczkę nieopodal – idę tam
- Stój idioto! – krzyknął Sleet, ale było już za późno. Dave zniknął w mrocznych czeluściach bocznej uliczki sektora 7. Niebieskooki pobiegł za przyjacielem – Ale jeśli to znowu będzie banda skinów, to poderżnę ci gardło, deb**u.

Rozdział II


Sleet podbiegł do zwężenia między budynkami i przystanął na chwilę. Wytężył wzrok i próbował przebić się przez ciemność panującą w alejce, ale był w stanie rozróżnić rzeczy jedynie kilka metrów od niego. W alejce unosił się przenikliwy zapach zgnilizny, zmieszany z odorem miejskich ścieków. Poza tym ten ciasny przesmyk między budynkami miał zaledwie trzy, czy cztery metry szerokości, co ograniczało paletę manewrów podczas ewentualnej walki do krytycznego minimum. Mimo wszystko jednak Sleet zdecydował się wejść w alejkę i pospieszyć z pomocą przyjacielowi. „Jak go znajdę to połamię mu nogi, żeby przestał się pakować w te je**ne pułapki” – pomyślał, po czym szybkim krokiem skierował się przed siebie. Jego kroki odbijały się głośnym echem od brudnych, pokrytych licznymi mało czytelnymi napisami ścian i wilgotnego betonu po którym stąpał. Nagle w niedalekiej odległości od Sleeta pojawiło się kilka krótki błysków, a zaraz po nich powietrze przeszył huk wystrzału. Bohater przyśpieszył kroku chcąc jak najszybciej dotrzeć do przyjaciele, ale zachowując jednocześnie dużą ostrożność, bo w końcu nigdy nie wiadomo co może czaić się w mrocznych czeluściach sektora 7. Kolejne krótkie błyski pojawiały się ustawicznie w różnych miejscach, ale odgłosowi wystrzałów towarzyszył także dźwięk naboju rozpryskującego się o betonową ścianę. Nagle miejsce, z którego dochodziły strzały przeszyło krótkie wyładowanie elektryczne, po którym nastała głucha cisza. Ale nie była to zwykła cisza, tylko raczej grobowy spokój, który odbijając się echem w umyśle Sleeta i towarzyszył przeczuciu, że wszystko źle się skończy.
Chłopak pochylił się lekko do przodu i już miał zacząć bieg, kiedy usłyszał zbliżający się w jego kierunku szum wirnika jakiejś latającej maszyny. Sleet popatrzył w górę i kiedy dojrzał kilka rzędów czerwonych i niebieskich światełek schował się za najbliższą stertę śmieci. Wiedział, ze zbliża się ku niemu silnie uzbrojony śmigłowiec.... ale nie wiedział czemu.
Po chwili snop jaskrawego światła spłynął na część zaułka, gdzie niedawno toczyła się walka. Sleet musiał zasłonić ręką oczy, aż jego oczy przyzwyczaiły się do oślepiającego blasku jednego z wielkich reflektorów osadzonych na płozie śmigłowca. W tak wąskim zaułku śmigłowiec z całą pewnością nie mógłby wylądować, więc jeden z pilotów odsunął drzwi od kabiny i spuścił na dół drabinkę sznurową. Sleet śledził wzrokiem drogę opadającej drabinki, a kiedy ta całkiem się rozwinęła dostrzegł, że w jej pobliżu znajdują się cztery postacie, z których dwójka, sądząc po gustownych czarnych garniturach, należała do Turks. Przez chwile rozmawiali oni o czymś, ale szum wirnika skutecznie zagłuszał całą treść rozmowy. Po krótkiej wymianie zdań jeden z Tuks’ów o barczystej posturze i ciemnej karnacji odwrócił się, poprawił krawat i wyjął z górnej kieszeni marynarki ciemne okulary. Dla pewności przeczyścił jeszcze szkiełka rękawem i nałożył na wygoloną głowę. Pochylił się i przełożył sobie przez ramię coś co do złudzenia przypominało nieprzytomne ciało Dave’a, po czym podszedł do drabinki sznurowej i uważając, żeby nieprzytomny chłopak nie zsunął mu się z barku, zaczął piąć się w górę. Drugi z Turks’ów przypatrywał się przez chwilę z niedowierzaniem zmaganiom kolegi, po czym złożył jakąś dziwnie wyglądającą laskę i włożył ją do wewnętrznej kieszeni niechlujnej marynarki. Szybkim ruchem głowy odrzucił do tyłu płomieniste włosy i również schylił się, podnosząc ciało o posturze młodej dziewczyny.
Sleet chciał rzucić się na pomoc przyjacielowi, ale karabin zwisający luźno z prawej płozy śmigłowca był wystarczającym argumentem, aby tego nie robić. Chłopak analizował przez chwilę swoją sytuację, ale zanim zdążył podjąć jakiekolwiek działania reflektor zgasł, a śmigłowiec opatrzony emblematem Neo-Shin-ra odleciał.
Sleet wiedział już co ma zrobić, ale zdawał sobie sprawę, że jego plan może okazać się biletem w jedną stronę. Pośpiesznie wybiegł z zaułka rozchlapując przy tym wodę z pobliskiej kałuży i skierował się w stronę baru 7-th Heaven. Szybkim ruchem ręki otworzył drzwi i wszedł do środka. Zaraz po wejściu uderzyła go miłą atmosfera tego miejsca. Czyste stoliki poustawiane przy lewej ścianie ładnie prezentowały się z zawieszonymi nad nimi obrazami, których stylowość mieściła się w granicach określenia „tania sztuka”. Po prawej stał automat do gier, który nigdy nie działał, ale jak domyślał się Sleet musiał służyć do czegoś innego. Przy barze stało kilka wysokich krzeseł, a na wysokich półkach za nim majaczyły trunki wszelkiej maści. Zza baru natomiast spoglądała na niego para ciepłych kobiecych oczu:
- Cześć Sleet, co podać? – zapytała ciemnowłosa dziewczyna czyszcząc szmatką jeden z kufli
- Klucze od garażu – uciął krótko Sleet
Dziewczyna odłożyła szmatkę, po czym otworzyła jedną z szuflad ukrytych w dolnej części barku i wyjęła z niej pęk kluczy. Odpięła dwa z nich i położyła na ladzie. Młodzieniec podszedł do baru, wziął parę kluczy i obrócił się na pięcie.
- A gdzie się wybierasz? – spytała ciekawsko Tifa, wracając do swego poprzedniego zajęcia - Później ci powiem – rzucił Sleet, po czym w pośpiechu wyszedł z lokalu.
W sumie to miał ochotę porozmawiać chwilę z Tifą, ale po pierwsze nie miał czasu, a po drugie wiedział, że jeśli powie jej o tym, ze chce odbić Dave’a, na pewno nalegałaby, aby zabrał ja ze sobą..... Tifa należała do takiego typu ludzi, którzy nie potrafią pozostać w jednym miejscu, kiedy wokół coś się dzieje, a to nie wróżyło dobrze jego zamiarom.
Sleet podszedł do budynku, w sąsiedztwie 7-th Heaven i wsadził jeden z kluczy w dziurkę pod klamką. Po jego przekręceniu zamek wydał charakterystyczny dla siebie dźwięk, a chłopak otworzył drzwi i wszedł do środka. W ciemności wymacał ręką włącznik światła i po chwili pokój rozjaśniły słabe promienie bijące od luźno zwisającej z sufitu żarówki. Sleet wyjął klucz z zamka i zatrzasnął drzwi.... nareszcie był w domu.
Zawsze zostawiał klucze u Tify, bo był pewnie, że tam będą bezpieczne. Był na tyle przezorny, żeby wiedzieć, że na ulicach Midgar najbezpieczniej jest nosić tylko broń....
Jego mieszkanie było bardzo prosto urządzone. W rogu stało jak zawsze niechlujnie pościelone łóżko, a obok niego rząd szafek i półek z różnego rodzaju narzędziami i rzeczami osobistymi. Reszta izby sprawowała rzeczywistą rolę garażu......
Chłopak zdjął z pleców swój zwykły długi miecz i rzucił go niedbale na łóżko. Podszedł szafki i zdjął z niej broń przeznaczoną na specjalne okazje. Przejechał palcem po ostrzu i skaleczył się lekko: „Ostry jak zwykle” – pomyślał. Miecz który Sleet trzymał w ręku bez wątpienia można było nazwać dziełem sztuki. Zakrzywione ostrze, w stylu szerokiej arabskiej szabli połyskiwało w słabym świetle. Ostrze było perfekcyjnie naostrzone, przy czym dolną część powierzchni tnącej pokrywały ząbki, podobnie jak przy ostrzu piły mechanicznej. Takie rozwiązanie w praktyce zadawało przeciwnikom szerokie i bolesne rany, które bardzo trudno się zabliźniały. Uchwyt miecza pokryty był dziwnymi, wschodnimi motywami, a w ostrzu wycięte były dwie pary łączonych slotów na materie. Całość nosiła wdzięczną nazwę: „Lions Sword”
Chłopak otworzył jedną z szuflad i po krótkiej chwili przeglądania jej zawartości wyjął cztery zielonkawe kamienie odbijające światło niczym pryzmaty. Umieścił je w slotach na materie w mieczu i założył go sobie na plecy. Sięgnął ręką do drugiej szuflady i wyjął inny kamień, tym razem czerwony, z przytwierdzonym do niego łańcuszkiem. To był jego szczęśliwy amulet, który posiadał bardzo wysublimowaną wartość sentymentalną.
Skończywszy przygotowania Sleet usiadł na stojący na środku motocykl. Stary dobry Fenir, odrestaurowany po wydarzeniach sprzed 9 miesięcy dobrze mu teraz służył. Chłopak włożył do stacyjki kluczyk opatrzony wilczym motywem i przekręcił go. Silnik pojazdu wydał kilka zduszonych dźwięków, po czym odpalił.
Brama garażu otworzyła się i młodzieniec z piskiem opon ruszył w kierunku autostrady prowadzącej do górnego talerza, pozostawiając za sobą gęste kłęby dymu.
Szeroka czteropasmówka, która teraz podążał została oddana do użytku jakieś dwa miesiące temu przez Neo-Shin-ra. W sumie to nikt z mieszkańców nie miał bladego pojęcia skąd niedawno powstała korporacja ma takie fundusze, ale dopóki droga dobrze służy obywatelom mało kogo to obchodziło. Sleet siedział pochylony na swojej maszynie, a jego jedynym towarzyszem był jednostajny odgłos silnika pracującego na najwyższych obrotach. Co jakiś czas nasz bohater mijał samochody, należące do bliżej nieokreślonych ludzi, z których większość wracała pewnie właśnie z pracy. Bohater mijał właśnie jedną z latarni ulicznych, kiedy zaczął zastanawiać się nad dokładnym planem działanie. Wiedział, że frontalny atak jest z góry skazany na niepowodzenie. Musiał ominąć jakoś strażników, a żeby tego dokonać niezbędne było skorzystanie z bocznego wejścia do siedziby Neo-Shin-ra.

Po dłuższym czasie monotonnej jazdy po autostradzie bohater dojechał w końcu do celu. Zgasił silnik, wyjął kluczyk ze stacyjki i przyjrzał się wyremontowanemu, wielopiętrowemu budynkowi. Wyglądał on prawie dokładnie tak samo jak kiedy ostatni raz Sleet przyszedł tu do pracy... Ale jednak mimo wszystko było w nim coś dziwnego..... obcego..... strasznego.
Ale chłopak nie miał czasu, ani ochoty bawić się w szukanie różnic, więc nie zwracając na siebie uwagi skierował się ku bocznemu wejściu. O dziwo klatka schodowa nie była strzeżona przez nikogo..... „Tym lepiej dla mnie” – pomyślał niebieskooki. Chłopak prześlizgnął się przez drzwi i zaczął mozolną wspinaczkę po schodach. „Za ten je***y spacerek powybijam ci wszystkie zęby i zrobię sobie z nich bransoletkę” – przeklął w myślach Sleet

*****


- O kó**a..... – zaklął głośno Dave trzymając się za głowę i wstając powoli z więziennej pryczy.
Chłopak właśnie obudził się z letargu i próbował przypomnieć sobie co się zdarzyło zanim ktoś go ogłuszył. Wytężył umysł i przypomniał sobie ciemną alejkę, śmierdzącą ściekami. Pamiętał dwóch Turks’ów, którzy gonili jakąś dziewczynę..... Chciał ich powstrzymać... Walczyli..... Dostał w tył głowy elektromagnetyczną laską...... i dalej film się urwał. Dave jeszcze raz chwycił się za głowę, w przypływie migreny i rzucił w przestrzeń małą wiązankę przestrzeń. Nagle poczuł się dziwnie nieswojo. Podniósł głowę i rozejrzał się po nowocześnie wyglądającej celi. Z kąta pomieszczenia przyglądały mu się, albo raczej świdrowały go na wylot przenikliwe brązowe oczy. Ich właścicielka siedziała skulona w kącie, najwyraźniej czekając na reakcję swojego „współtowarzysza niedoli”.
Dave wstał z łóżka, uśmiechnął się i podszedł do dziewczyny
- Jak masz na imię? – zapytał chłopak uśmiechając się do niej
Jednak dziewczyna nie odpowiedziała, tylko nadal wpatrywała się w niego swymi przenikliwymi oczyma
- Czy ty mnie w ogóle rozumiesz? – zapytał Dave trochę już poirytowany
Brązowooka nie odezwała się ani słowem i wciąż patrzyła na niego... chociaż może zamiast „na niego” trafniej byłoby użyć „przez niego”. Bohater poczuł, ze ten monolog nie ma sensu, a poza tym miał wrażenie, że jego „koleżanka” zaraz wywierci mu tym spojrzeniem dziurę w czaszce, więc nie widząc innego wyjścia wrócił na więzienną pryczę, założył ręce na głowę i położył się spać.

*****


Tymczasem Sleet skończył mozolną wspinaczkę na sześćdziesiąte piętro i dysząc ciężko uchylił drzwi wychodzące na długi korytarz. Chłopak wychylił lekko głowę i upewnił się, ze żaden miły pan z karabinem maszynowym na ramieniu nie kontroluje właśnie tej części korytarza. Było pusto. Bohater po cichu wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Cicho przeszedł przez korytarz kierując się klatki schodowej, prowadzącej na wyższe piętra. Właśnie otwierał kolejne drzwi, kiedy usłyszał za sobą niski, gburowaty głos, który mówił „Kim jesteś i co tu robisz”. Sleet niewiele myśląc sięgnął do pasa i w szybkim obrocie rzucił praktycznie na ślepo krótki sztylet. Miał szczęście, ponieważ ostrze trafiło strażnika w szyję, powodując tym samym zmianę wystroju pewnej części korytarza fontanną krwi z tętnicy szyjnej. Sleet uśmiechnął się mimowolnie: „Mam dzisiaj szczęście” – pomyślał, po czym odwrócił się i ku swojemu przerażeniu ujrzał dziesięć luf pistoletów wszelkiej maści skierowanych prosto w niego. Było kiepsko..... Ze zwartego szeregu Turks’ów wystąpił potężnie zbudowany jegomość, którego twarz sugerowała, że jego IQ jest mniejsze niż IQ puszki sardynek.
- Zawrzyjmy umowę – powiedział niskim, „wiejskim” głosem, zdejmując sobie potężny topór z pleców – Jeśli ty wygrasz w pojedynku, puścimy cię wolno, ale jeśli ja wygram to wytrzemy tobą podłogę i posłużysz jako królik doświadczalny w laboratorium profesora Hansa.
Fala śmiechu przebiegła przez szereg Turks, a Sleet nerwowo oblizał wargi. Nie miał zbyt dużych szans na zwycięstwo, ale też nie miał innego wyjścia. Musiał walczyć.
- Zgoda – powiedział zdejmując szybkim ruchem swój miecz z pleców i chwytając go oburącz.
Turk wykonał płaskie, poziome cięcie, maksymalnie wykorzystując długość swojego topora. Sleet zdążył odskoczyć do tyłu, po czym przełożył miecz do prawej ręki i wykorzystując moment nieuwagi przeciwnika zaatakował ukośnym cięciem celując w szyję. Jednak Turk był szybszy niż mogło się zdawać na początku i zablokował atak rękojeścią topora. Korzystając z przewagi siłowej w zwarciu odepchnął on chłopaka od siebie, a ten zatrzymał się dopiero na ścianie. Ułamek sekundy później Turk wyprowadził kolejne cięcie, tym razem pionowe. Sleet nie miał czasu na zrobienie uniku, więc trzymając miecz jedną ręką za rękojeść, a drugą podpierając ostrze skupił całą siłę i zablokował atak. Jego miecz na szczęście nie złamał się. Bohater zgrabnym manewrem usunął się z pod ciężaru topora i zripostował poprzecznym cięciem, przez twarz przeciwnika. Turk przyłożył dłoń do policzka i popatrzył na ślady krwi cieknącej z rany
- Teraz mnie wkórw***ś, gnojku! – krzyknął przeciwnik, po czym zaczął ostro napierać na Sleeta.
Chłopak z trudem uniknął podwójnego cięcia z obrotu. Próbował skontrować szybkim cięciem w brzuch, ale w rezultacie oberwał tylko łokciem w twarz. W końcu jednak Turk popełnił błąd. Zamachnął się i wykonał poziome cięcie na linii głowy swego przeciwnika. Sleet wykorzystał okazję, robiąc przewrót poniżej linii rażenia broni Turka i wstając szybkim ruchem poprowadził pionowe cięcie w górę, które pozostawiło długą czerwoną linię na ciele mężczyzny. Turk zachwiał się i oblewając chłopaka strugami krwi zwalił się na niego.
Po krótkiej chwili niebieskookiemu udało się wygramolić spod stu kilogramów mięsa ciążącego na nim. Wstał, rozejrzał się wokoło i nie zobaczył ani jednego strażnika: „Ha..... nawet Turk’owie dotrzymują danego słowa” – pomyślał, otrzepując ubranie z krwi. Popatrzył w stronę klatki schodowej na wyższe piętra i zaczął zastanawiać się jakie niespodzianki jeszcze go dzisiaj czekają......

Rozdział III


Dave leżał wyciągnięty na więziennym łóżku, z rękami założonymi za głowę. Miał dużo czasu, żeby przeanalizować każdy fragment chłodnej stalowej ściany i po dłuższej obserwacji doszedł do wniosku, ze cela została zaprojektowana wystarczająco dobrze, aby udaremnić każdą próbę ucieczki. Z wszystkich niedogodności najbardziej doskwierał mu brak jakiegokolwiek zajęcia poza bezsensownym wpatrywaniem się w opatrzone zamkiem magnetycznym drzwi. Gdyby miał swoją broń to dla zabicia czasu mógłby porobić szlaczki na ścianach, ale w tej pustej celi nie mógł mieć nadziei nawet na grę w bierki.
Oczy chłopaka leniwie spłynęły na dziewczynę, która nadal siedziała w kącie, kiwając się w przód i w tył. Na pierwszy rzut oka jej twarz nie przedstawiała żadnego wyrazu, ale kiedy Dave przyjrzał się bliżej dostrzegł, że diamentowe krople wypływają ze szklistych oczu i wędrują w dół po policzku dziewczyny. Czerwonooki z mieszanką zaciekawienia i współczucia wstał z pryczy i pochylił się przy dziewczynie
- Coś się stało? – zapytał spokojnym głosem
Dziewczyna w odpowiedzi odsunęła się jeszcze bardziej w kąt i skuliła jeszcze bardziej niż poprzednio.
- Nie chcę cię skrzywdzić – próbował dalej chłopak mówiąc najłagodniejszym głosem jaki tylko mógł z siebie wykrzesać – Naprawdę nic ci nie zrobię. Jestem przyjacielem, nie wrogiem
Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- ..... Boję się – wydusiła przez łzy
Dave poczuł, że jakieś trudne do nazwania uczucie zaczyna przewiercać mu mózg i ściskać jednocześnie za gardło. Spojrzenie, które go dotknęło było przenikliwe i tak przesiąknięte smutkiem, że musiał odwrócić na chwilę wzrok, aby samemu nie wpaść w otchłań żalu.
- Nie masz się czego bać – powiedział, kiedy uzbierał w sobie dość odwagi, żeby spojrzeć jej w oczy – Dopóki jestem przy tobie nic ci się nie stanie
- Obiecujesz? – zapytała, po raz kolejny świdrując go wzrokiem
- Obiecuję – odrzekł uśmiechając się do niej
Dziewczyna niespodziewanie rzuciła mu się na szyję, obejmując mocno, jakby bała się, że chłopak za chwilę rozpłynie się w powietrzu, a to wszystko okaże się tylko snem.
- Wszystko będzie dobrze – czule wyszeptał jej do ucha, głaskając jej długie jasne włosy.
Dave poczuł, że coś chwyta go za kołnierz. Odruchowo odwrócił głowę i zanim zdążył cokolwiek zrobić dostał jakimś twardym podłużnym przedmiotem w twarz. Próbował wstać i walczyć z napastnikiem, ale dostał tylko mocno w brzuch, a kiedy zgiął się w bólu coś rzuciło nim o ścianę.
- Nie rozpędzaj się tak, kolego – usłyszał znajomy sobie głos
Po chwili odzyskał kontrolę nad ciałem i zobaczył stojącego nad sobą Turka, z którym walczył wcześniej. Rudowłosy przystawiał mu do klatki piersiowej swoją laskę, która iskrzyła się ustawicznie co kilka sekund.
- Czego do cholery ode mnie chcecie?! – krzyknął wściekle Dave
- Spokojnie – odpowiedział Reno – Trafiłeś tu bo zbyt często pakujesz nos w nie swoje sprawy. Jeśli będziesz grzecznym chłopcem, pewnie cię wypuścimy.
Dave’a dobiegły odgłosy szamotaniny, więc spojrzał przez ramię napastnika, aby zobaczyć co się dzieje. W drugim kącie celi Rude usiłował uspokoić jakoś dziewczynę, która wyrywała się, niczym zwierze złapane w sidła.
- Nie!!.... Zostaw mnie!!! – krzyczała przez łzy usiłując uciec przed Turkiem.... Ale w tej nowocześnie zaprojektowanej celi nie było dokąd uciekać.
Rude próbował pochwycić jakoś dziewczynę, tak, żeby nie stała jej się krzywda, ale ona skutecznie mu to uniemożliwiała. Po kilku minutach bezsensownej zabawy Rude stracił cierpliwość i w końcu udało mu się ją pochwycić. Dziewczyna jeszcze raz desperacko próbowała wyrwać się z mocnego uścisku, ale na próżno. Zanim Rude wyprowadził ją z celi, spojrzała bezradnie swymi szklistymi oczyma na Dave’a.
Krótki impuls przeszył umysł chłopaka, a poziom adrenaliny gwałtownie skoczył w górę. Chłopak uległ swej porywczej naturze i rzucił się na pomoc dziewczynie. Odruchowo złożył palce w pięść i odchylił dłoń do tyłu, żeby uderzyć Rude’a. Właśnie miał wykonać cios, kiedy poczuł palący ból w plecach, jakby rozgrzana igła wbiła mu się w kręgosłup. Po chwili ból ustał, a Dave poczuł, ze traci kontrolę nad swoim ciałem. Wysilał wszystkie siły, ale nie mógł nic zrobić....... jakby każde włókno mięśniowe zamieniło się w galaretowatą substancję, niezdolną do wykonania żadnego polecenia. Świat zawirował Dave’owi przed oczyma, a po chwili przestał widzieć cokolwiek. Ostatnią rzeczą jaką poczuł, zanim stracił przytomność było jego ciało bezwładnie opadające na zimną podłogę.
Reno stał tuż obok Dave’a, trzymając na wyciągniętej ręce swoją laskę, której końcówka iskrzyła się mocno
- Oni się chyba nigdy nie nauczą..... – powiedział sam do siebie, spoglądając na nieprzytomne ciało przed sobą.
Reno popatrzył w stronę drzwi, ale nikogo tam nie zobaczył.... Najwidoczniej Rude używając środków przymusu bezpośredniego uporał się z wyprowadzeniem dziewczyny z celi. Rudowłosy złożył swoją laskę, i schował ją do kieszeni marynarki, po czym założył ręce na szyje i szykował się do wyjścia z celi, kiedy usłyszał znajomą melodyjkę. Przystanął na chwilę, i obmacał kieszenie. Po dokładnym przeszukaniu wyjął z tylnej kieszeni spodni źródło owego dźwięku – telefon komórkowy. Na ekraniku czarnymi literami wyświetlony był napis „jajogłowy”, co jasno wskazywało, ze dzwoni profesor Hans. „Ciekawe czego może chcieć....” – pomyślał Reno i odebrał telefon
- Słucham – powiedział Turk
- Proszę przyprowadzić do mnie drugiego więźnia – dobiegł stłumiony głos w słuchawce – mam co do niego pewne plany....
- Sie robi, Profesorze
Rudowłosy nacisnął przycisk opatrzony czerwoną słuchawką, po czym schował telefon do kieszeni. Westchnął cicho i przerzucił sobie Dave’a przez ramię, uginając się lekko pod ciężarem nieprzytomnego ciała. Wyszedł z celi i skierował się w stronę laboratorium, gdzie zapewne czekał na niego profesor Hans wraz ze swoimi wiernymi asystentami.

*****


Sleet przetrząsał nerwowo kieszenie zabitego wcześniej Turk’a. Nie było to łatwe zadanie, a już na pewno niehigieniczne, gdyż zwłoki pokryte były dywanem zaschniętej krwi. W końcu chłopak znalazł to czego szukał – plastikową kartę magnetyczną, połyskującą w świetle pobliskiej lampy. Twarz Sleeta wykrzywił mimowolny uśmiech. Chłopak rozejrzał się i upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu ostrożnym krokiem podszedł do klatki schodowej. Trzymając się poręczy wszedł na następne piętro budynku. Podszedł do drzwi i pewnym ruchem ręki włożył kartę do czytnika, znajdującego się trochę poniżej linii jego bioder. Laserowa smuga przejechała po powierzchni karty, a po krótkiej chwili przy okienku czytnika pojawiło się zielone światełko. Drzwi stały otworem. Sleet nie zwracając na siebie uwagi wyszedł na korytarz. Piętro na którym się znajdował było przeznaczone dla pracowników administracji Neo-Shin-ra, toteż chłopaka nie zdziwił widok ustawicznie kursujących po korytarzu sekretarek i księgowych. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami i nikt nie zwracał uwagi na przechadzającego się po korytarzach dziwnego młodzieńca, którego uniform znacznie różnił się od formalnych strojów tutejszych bywalców. 61 piętro zdawało się mieć mniej odświętny wystrój, niż piętra poprzednie. Żyrandole zwisające z sufitu nie nosiły żadnych misternych ozdobników, a na ścianach majaczyła tandetna farba..... Zresztą trudno się dziwić. W końcu ludzie przychodzili tu, żeby żonglować cyframi, a nie żeby podziwiać wystrój miejsca pracy. Ochrona nie zaglądała tu zbyt często, gdyż panowała tu gęsta atmosfera przeciążona nadmiarem obliczeń i rachunków. Po krótkim rekonesansie Sleet udał się do małego pokoiku, gdzie kobieta w średnim wieku leniwie kartkowała strony jakiegoś czasopisma. Spostrzegłszy młodzieńca stającego w drzwiach odłożyła pismo na stolik obok i poprawiła okulary.
- Czym mogę służyć? – zapytała monotonnym tonem
- Potrzebuję karty dostępu do poziomu 68 włącznie – odpowiedział Sleet pokazując skinieniem głowy na szafkę stojącą w kącie
Kobieta łypnęła na niego podejrzliwie okiem
- Synku, Dostęp na 68 piętro wymaga autoryzacji i wyższego stanowiska w firmie
Sleet nie odpowiedział jej, tylko przymknął oczy i wymamrotał po cichu „Sleepel”. Jedna z materii w rękojeści jego miecza błysnęła zielonkawym światłem, a powietrze przesyciło uczucie senności. Kiedy chłopak otworzył oczy kobieta spała rozłożona na blacie swego stolika, chrapiąc głośno co jakiś czas. Niebieskooki podszedł do szafki stojącej nieopodal. Przez chwilę wertował jej zawartość, aż w końcu wyjął kolejną kartę magnetyczną. Przypatrzył się przez chwilę znalezisku. Karta nie różniła się bardzo od swojej poprzedniczki, ale Sleet wiedział, że znalazł to czego potrzebuje. Włożywszy kartę do kieszeni szybkim krokiem skierował się do zewnętrznej windy.
Nie wzbudzając podejrzeń pracowników wcisnął guzik odpowiedzialny za otwarcie drzwi windy i wszedł do środka. Wsunął kartę magnetyczną do czytnika i odczekawszy chwilę nadusił przycisk opatrzony numerkiem 68. Kiedy metalowa konstrukcja leniwie pięła się w górę, Sleet zaczął zastanawiać się po co w ogóle się w to mieszał. „Mogłem zostawić tego przygłupa na pastwę losu...” – pomyślał, po czym uśmiechnął się cynicznie – „ale z drugiej strony życie bez niego byłoby cholernie nudne...”
Rozmyślenia Sleeta przerwał nagły wstrząs, jakby coś ciężkiego uderzyło o dach windy. Chłopak odruchowo wyjrzał przez szybę i ku swojemu zdziwieniu zobaczył ludzkie zwłoki odbijające się od dachu windy i spadające w dół, pozostawiając za sobą mały deszczyk czerwonej cieczy. Przez umysł chłopaka przeszło dziwne przeczucie, ze nie byłoby mądrym pomysłem jechać dalej windą, więc zatrzymał ją na najbliższym piętrze – 65. Pierwszym uczuciem, jakie nawiedziło Sleeta po wyjściu z windy było zdziwienie. Miejsce w którym się teraz znajdował niewątpliwie było laboratorium..... ale jeszcze całkiem niedawno laboratorium znajdowało się kilka pięter wyżej .... „Zresztą co za różnica...” – pomyślał chłopak kierując się w stronę klatki schodowej.
Laboratorium było lekko powiedziawszy zmasakrowane. Na podłodze walały się fragmenty szkła i jakichś eksperymentalnych stworzeń. Kilka poprzewracanych łóżek leżało luzem na środku pomieszczenia, a krzesła najwyraźniej zostały rozbite o ścianę. Sleet przyjrzał się uważnie otoczeniu. Najwyraźniej toczyła się tu jakaś walka..... Ściany były w wielu miejscach popękane i nosiły znamiona naboi pistoletowych. Z prawej ściany zwisały bezwładnie ludzkie zwłoki, z rozpłataną czaszką. „Najwyraźniej ktoś przybił go do ściany jego własnym mieczem.......” – pomyślał Sleet spoglądając na ostrze, wbite w klatkę piersiową denata. Strumyczek krwi płynący nieopodal świadczył, że walka musiała się toczyć niedawno. Chłopak szedł dalej, między rzędami rozbitych szklanych tub, które niegdyś służyły do przetrzymywania efektów eksperymentów. Niebieskooki bacząc na każdy krok doszedł do klatki schodowej – znowu dwa trupy. Twarz jednego z denatów zachowała przedśmiertny grymas palącego bólu...... „Straszna śmierć” – pomyślał Sleet, po czym otarł ręką pot z czoła. Drugi z trupów sądząc po brudnym, czerwonawo – czarnym garniturze należał do Turks. Przez jego klatkę piersiową przechodziły trzy głębokie rany cięte, jakby od pazurów. Jakby tego było mało, ręka Turks’a leżała jakieś 3 metry od ciała, brocząc świeżą jeszcze krwią. „Cokolwiek ich zabiło....” – pomyślał Sleet, nerwowo oblizując wargi – „... to na pewno nie był człowiek..... Nikt nie zabija w ten sposób”
Chłopak wszedł na klatkę schodową, starając się omijać kałuże ludzkiej krwi. Wszedł na następne piętro i trzęsącą się lekko ręką nadusił guzik odpowiedzialny za otwarcie drzwi. Przeszedł przez próg. Machinalnie, bez myślenia rzucił się w bok, o włos unikając zwłok z zadziwiającą prędkością lecących wprost na niego. Tuż obok Sleeta siedział oparty o ścianę Reno. Rudowłosy dyszał ciężko i obejmował ręką swoja klatkę piersiową, aby powstrzymać krwawienie z rozległej rany. Reno popatrzył na Sleeta, i stróżka krwi spłynęła mu z dolnej wargi. Nic nie mówiąc pokazał ruchem głowy na środek pomieszczenia. Sleet śledził wzrok Turksa...... To co zobaczył, zajęłoby pewnie pierwsze miejsce na liście rzeczy jakich nie chciałby za żadne skarby spotkać w tym życiu....

Rozdział IV


Dwa krwisto-czerwone punkty, które w normalnych okolicznościach można by nazwać oczyma, wpatrywały się w Sleet’a. Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż krzyża chłopaka i mógł niemal zobaczyć jak skóra na rękach blednie. Unikając wzroku „czegoś” co stało na środku pomieszczenia odwrócił głowę w stronę Reno’a:
- I nikt w całym pieprzonym Neo-Shin-ra nie mógł dać sobie z tym rady? – zapytał, starając się, nie przejawiać napięcia w głosie – Chyba z gorszymi rzeczami dawaliście sobie radę, nie?
Turk w milczeniu sięgnął mniej zakrwawioną dłonią do kieszeni marynarki. Wyjął z niej pistolet małego kalibru z przyczepionym tłumikiem i drżącą ręką wycelował w tors „czegoś”. Rozległ się przytłumiony odgłos wystrzału i kula z cichym świstem przeszyła powietrze. Kiedy pocisk dotarł do ciała „czegoś”, dolna szczęka Sleet’a wylądowała na posadzce. Teoretycznie kula powinna przeszyć ciało, lub przynajmniej się od niego odbić. W tym przypadku w kontakcie z nabojem ciało rozstąpiło się, jakby było czymś niematerialnym. Kula pistoletu przeszła przez nie jakby było tylko skupiskiem czarnego dymu i wbiła się w ścianę na drugim końcu pomieszczenia.
- Nie można..... go ... zabić.... – wydusił z siebie Reno, po czym odkaszlnął ciężko, wypluwając trochę krwi.
Sleet przyjrzał się bestii, próbując odszukać jakiś słaby punkt... choćby cień szansy, że to coś można zniszczyć używając metod konwencjonalnych.
Teoretycznie można by się nawet pokusić o nazwanie potwora człowiekiem, gdyby nie to, ze całą powierzchnię ciała pokrywała czerń..... albo, żeby wyrazić się precyzyjniej bardzo czarna czerń. Pod czarną powierzchnią można było nawet wyróżnić rysy żeber, czy mocnych włókien mięśniowych. Długie, białe pazury wyrastające z obydwu dłoni zdawały się być jedyną materialną częścią ciała „czegoś” i niewątpliwie były powodem sporych czystek etnicznych w personelu Neo-Shin-ra. Na głowie potwora, niczym mroczny płomień falowały czarne jak noc włosy.
- Czym ty do cholery jesteś?! – krzyknął Sleet, dając upust emocjom
- To jest Mrok – dobiegł głos mężczyzny stojącego w drzwiach. Sleet odwrócił się i spojrzał na nieznajomego. Biały kitel jednoznacznie sugerował, że ma do czynienie z naukowcem
- Z kim mam przyjemność? – zapytał Sleet, siląc się na grzeczność
- Profesor Hans – powiedział człowiek, przeczesując grzebieniem krótkie blond włosy – To co widzimy przed sobą, a z czego jestem bardzo dumny, nazwałem Mrokiem.
- Widać, ze jesteś strasznie utalentowany jeśli chodzi o wymyślanie oryginalnych imion.... – skomentował biało-włosy, wkładając w to niemałą miarę sarkazmu. – To teraz powiedz, skąd to się tu wzięło i jak się tego pozbyć?
- Mroku nie można zabić przy pomocy żadnego ciała materialnego, jednakże nie jest on nieśmiertelny. Silna fala fotonów o odpowiedniej długości i częstotliwości neguje tymczasowo jego siłę, co osłabia go na tyle, ze można go pokonać
- Eeee..... co proszę?
Profesor przewrócił oczyma i włożył ręce do kieszeni
- Jeśli zadziałasz na niego odpowiednio silnym i zmodyfikowanym światłem będzie bezbronny. Ale na dzień dzisiejszy nie dysponujemy technologią odpowiednią, żeby tego dokonać
- A kiedy będzie ona dostępna? – powiedział Sleet przez zaciśnięte zęby, czując, ze krew zaczyna pulsować mu w skroni
Hans poprawił okulary i pomyślał chwilę
- W przybliżeniu..... za jakieś 50 lat
- Sam go stworzyłeś i nie wiesz jag go zniszczyć?! – zbulwersował się, czując że miecz trzęsie mu się w dłoni.
- Ciekawi mnie dlaczego jeszcze was nie zabił, tylko stoi tak i wpatruje się w nas.... hmm... dziwne zachowanie, doprawdy. Z resztą, ja go nie stworzyłem. Ja tylko pomogłem mu zaistnieć.......

*****


W tym samym czasie, ale innym miejscu Dave dochodził powoli do siebie. Potrząsnął głową i otworzył oczy. Przed nim rozpościerało się.... nic. Chłopak zamknął oczy, powtarzając sobie „To na pewno tylko sen, to na pewno tylko sen...”, a kiedy ponownie je otworzył, „krajobraz” otoczenia nie zmienił się ani trochę. Czarna pustka dookoła była zjawiskiem co najmniej dziwnym.... Młodzieniec spojrzał niepewnie w dół i z niedowierzaniem zorientował się, że stopy nie mają tutaj oparcia. Ciało unosiło się bezwładnie, jakby w próżni. Dave podniósł dłoń, żeby się uszczypnąć i sprawdzić, czy to wszystko dzieje się naprawdę, ale w miejscu, gdzie powinno być ramię, dłoń nie napotkała żadnego oporu... zupełnie, jakby go tam nie było. „O nie, tego już za wiele” – pomyślał
- Gdzie ja jestem?! I co tu się do cholery dzieje?! – wrzasnął w pustkę, nie oczekując odpowiedzi. Ale odpowiedź nadeszła.....
- Jesteś w szczelinie między światem żywych i umarłych... – odezwał się spokojny, męski głos
Dave nie przygotowany na to, ze ktoś mu odpowie, rozejrzał się nerwowo, na tyle na ile pozwalała mu na to próżnia.
- Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał prawie odruchowo
- ..... Ważniejsze jest kim ty jesteś.... – odpowiedział zimno głos – nie powinno cię tu być.
- ...Sam na to wpadłem... – odpowiedział lekceważąco Dave, wciąż rozglądając się za źródłem głosu.
- Nie rozumiesz.... Do tego miejsca trafia ludzka świadomość, tylko jeśli została siłą usunięta z przyporządkowanego sobie ciała. Coś przejęło kontrolę nad twoim ciałem, a skoro nie wiesz co to jest, nie możesz wiedzieć jakie szkody i zniszczenia może spowodować – rozmówca z nie wiadomych względów zaakcentował wyraźnie „szkody i zniszczenia”.
- Nooo dobra..... To jak mogę wrócić?
- Do tego jak wrócić do świata żywych musisz dojść samemu.....

*****


Dwa połyskujące czerwone punkty na twarzy Mroku od dłuższego czasu były wbite w trójkę ludzi przy klatce schodowej. Potwór nie przejawiał jakichkolwiek zamiarów... po prostu sobie stał jakby nie zwracając uwagi na to co dzieje się dookoła – co w fachowym nazewnictwie komputerowym można by zakwalifikować niemal pod: „restart systemu operacyjnego”.
Sleet również bacznie przyglądał się bestii. Nie miał ochoty dyskutować z profesorem, bo od dłuższej wymiany zdań na tak wysokim poziomie zaczynała go boleć głowa..... No a poza tym Hans był po prostu irytujący.....Inna sprawa, ze trzeba było coś zrobić z Reno’em, bo bez pomocy medycznej chłopak wykrwawi się na śmierć.....
Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia Mrok wypiął pierś i wydał z siebie dźwięk – nie krzyk, ryk, ani pisk, tylko niski odgłos przeszywający ludzki każdy nerw ludzkiego ciała, jakby niemy krzyk z milionów cierpiących gardeł – Dźwięk, który nawet głuchego przyprawiłby o gęsią skórkę.
Sleet wiedział, ze cokolwiek stworzenie zamierza teraz zrobić, taki „okrzyk” nie wróżył nic dobrego. Dla pewności zdjął z pleców swój miecz i chwycił go oburącz przed sobą. To był jego błąd – Mrok wydał z siebie jeszcze jeden ryk i rzucił się bez ostrzeżenia na niebiesko-okiego – zupełnie, jakby miał zaprogramowane „Zabij każdego, kto stawia opór”.
Sleet rzucił do Hansa: „Bierz rudego i zmywajcie się stąd”, po czym skupił się na walce... a przynajmniej starał się.
Długie pazury błysnęły mu przed oczyma. Mrok mierzył w klatkę piersiową, ale Sleet sparował cios i przeszedł do kontry. Uniknął poprzecznego cięcia w twarz i z gracją przeszył ostrzem podbrzusze Mroku. Nie zdziwiło go zbytnio, ze jego miecz zatonął w ciele przeciwnika, jakby było ono dymem.... to było do przewidzenia. Potwór nie zważając zbytnio na ostrze, które na chwile rozpołowiło mu ciało kontynuował natarcie. Wziął zamach i szerokim ruchem ręki wykonał potężne cięcie z półobrotu. Sleet wiedział co należy zrobić – uczyli go tego na szkoleniu SOLDIER. Chwycił miecz w obydwie ręce i dokładnie, kiedy pazury Mroku się z nim zetknęły, przerzucił ciężar ciała na drugą nogę, schodząc z linii ataku. Dzięki temu siła przeciwnika obróciła się przeciwko niemu i Mrok wyrżnął w ścianę.
Sleet zyskawszy w ten sposób trochę czasu, przełożył miecz do lewej ręki, a prawą wyciągnął w górę . Jeden z zielonkawych kamieni w rękojeści miecza zaświecił się słabym blaskiem, kiedy Sleet krzyknął „Bolt”. Wokół jego palców zaczęły krążyć świetliste iskry. Chłopak wykonał ręką ruch po szerokim łuku pozostawiając w powietrzu jaskrawy ślad i poczuł jak ciśnienie wokoło się podnosi. Powietrze zrobiło się ciężkie i jaskrawy słup jarzący się milionami iskier spadł na potwora, wypełniając pomieszczenie echem gromu.
Z posadzki unosił się dym a towarzyszący mu zapach spalonego tworzywa sztucznego wdzierał się do płuc. Jeszcze przez dłuższą chwile po metalowych częściach podłogi skakały iskry. Sleet nie zdziwił się, kiedy zobaczył, ze ciało Mroku nie odniosło żadnych uszkodzeń i skutki działania zaklęcia były widoczne tylko na posadzce. Chłopak domyślił się już wcześniej ze magia nie zadziała na to stworzenie.... ale musiał przynajmniej spróbować. „Szkoda, ze na szkoleniu nikt nie wspomniał jak pokonać coś, czego nie da się zabić” – pomyślał, nerwowo oblizując wargi.
Potwór chyba nie zdawał sobie sprawy, ze właśnie uderzyło w niego tysiąc wolt. Zrobił kilka kroków i nagle zwinął się z bólu. Wydał z siebie przerażający jęk i chwytając się rękoma za głowę upadł na kolana. Szamotał się przez chwilę, jakby coś rozdzierało go od środka. Sleet nie miał zielonego pojęcia co się dzieje. Stwór, którego nikomu nie udało się zabić zwijał się teraz w konwulsjach bólu na podłodze. „O co w tym wszystkim chodzi?!” – pomyślał.
Mrok wydał z siebie ostatni zduszony okrzyk, po czym rozpadł się, wypełniając pomieszczenie czarną mgłą. W powietrzu jeszcze przez jakiś czas odbijało się echem zdziwione „O kó**a!”.....

*****


Łagodne promienie poranka wlewałyby się leniwie przez zasłonę okna, gdyby nie fakt, ze w Midgar słońce nie świeci.... Dave leżał nieprzytomny na łóżku przy ścianie. Jednak sen odpłynął i został zastąpiony przez piekący bul w skroni. Chłopak otworzył oczy, a kiedy informacja o bólu dotarła po cienkich włóknach nerwowych do mózgu, odruchowo przyłożył rękę do skroni. Przejechał palcami po czole i poczuł bliznę – zupełnie jakby jakiś popapraniec w napadzie weny twórczej wyciął mu jakiś dziwny krzyż na czole. Dave usiadł na łóżku i oparł ręce na kolanach. Już drugi raz dzisiaj w niewyjaśnionych okolicznościach stracił przytomność – to zdecydowanie nie był dobry dzień. Przez chwile usiłował przypomnieć sobie co stało się zanim film mu się urwał. Przez umysł przeszły niekompletne obrazy.... Laboratorium, dziwna szklana tuba dużo naukowców dookoła..... No i jakiś profesor mówiący ciągle o komórkach jenowii... jenoby .... – w każdym razie czegoś co zaczynało się na „Je”. Do głowy przyszło mu jeszcze coś.... W jednej ze szklanych tub zobaczył mocno poranionego człowieka, podłączonego do skomplikowanej aparatury, którego srebrne włosy falowały w jakiejś płynnej substancji. Dalej nie było już nic.... tylko mrok, krew.... i wszechogarniająca żądza mordu.....
- Wreszcie się obudziłeś, śpiąca królewno – z otwartych drzwi pokoju dobiegł głos Sleeta - Gdzie jesteśmy? – zapytał Dave
- No co ty, nie poznajesz? To przecież pokój gościnny Tify – odrzekł niebieskooki, zakładając rękę na rękę i opierając się o framugę drzwi. – Zaniósłbym cię do twojego mieszkania, ale nie miałeś kluczy.... Wywarzyłbym drzwi, ale znając ciebie, pewnie zostawiłeś za nimi granatnik, na wszelki wypadek......
- Noooo to wytłumacz mi, co my tutaj robimy?
- Ja stoję, ty siedzisz... – odpowiedział cynicznie Sleet
- Nie gadaj, serio? – skomentował równie cynicznie Dave
- Dobra, sprawa wygląda tak: – niebieskooki odchrząknął i patetycznym tonem zaczął relacje – Z racji tego, że lubisz pokazywać jakim jesteś deb**em, wleciałeś do czarnej uliczki, rzekomo z zamiarem uratowania damy w opresji i dostałeś czymś twardym przez łeb. Następnie mili panowie, znani jako The Turks wtaśtali cię do śmigłowca i przetransportowali do siedziby Neo-Shin-ra.... Nie wiem co mi strzeliło do łba, ale zabrałem Fenira i pojechałem cię wyciągnąć.... Następnym razem przypomnij mi żebym tego nie robił.....
- Przestań pieprzyć – przerwał mu Dave, wywracając oczyma – Przejdź do rzeczy
Sleet potraktował go krytycznym spojrzeniem i kontynuował swój wywód.
- No więc dojechałem do siedziby Neo-Shin-ra i po pewnych perypetiach ze stukilowym klocem i jego wielkim toporem doszedłem na zastrzeżone piętra. Zdziwiłem się trochę nowym, makabrycznym wystrojem wnętrza, bo niecodziennie widzi się tyle krwi i porozrzucanych kończyn w miejscu innym niż rzeźnia. A kiedy doszedłem na 68 piętro zobaczyłem... no zgadnij co?
- Wróżkę Zębuszkę? – zakpił Dave
- Nie, ale byłeś blisko. Zobaczyłem wielkie czarne bydle, które wyrżnęło duży procent personelu Neo-Shin-ra i które przejawiało całkowitą odporność na wszystkie konwencjonalne metody zabijania. – Nagle Sleet uśmiechnął się złowieszczo – A wiesz co było najlepsze?
- To, że się spiłeś i wszystko ci się przyśniło?
- Nie...... najlepsze było to, że tym wielkim czarnym gnojkiem o wdzięcznym imieniu Mrok okazałeś się ty
- Chyba ci na mózg padło.... – skrytykował go Dave
- Nie wierzysz? To spójrz na swoją lewą rękę.
Chłopak mimowolnie podniósł do światła dłoń. Oczy otworzyły mu się szerzej ze zdumienia, a usta otwarły..... nie mógł wydusić słowa. Oto przed własnymi czerwonymi oczyma zobaczył coś, co zapierało dech w piersiach. Jego lewa ręka w całości była pokryta czarnymi łuskami, które w dziwny sposób załamywały światło lampy. Palce, zakończone długimi szponami zdecydowanie nie były tym co chciałby w tej chwili ujrzeć....
- Bez jaj – krzyknął – Co to ma znaczyć?!
- Profesor Hans zmienił ci trochę DNA, bo chciał zrobić z ciebie posłusznego żołnierza, ale najwidoczniej coś mu nie wyszło i zrobił z ciebie bohatera horroru klasy B..... Jesteś naznaczony piętnem grzechu – ostatnie zdanie wypowiedział niczym rasowy kaznodzieja – Oczywiście Tifa nic o tym nie wie. A tak przy okazji..... Musisz kupić sobie nowy płaszcz, bo stary wygląda jakby przeszedł przez maszynkę do mięsa.
- Czy... czy to da się jakoś kontrolować? – zawahał się Dave.
- Hans powiedział, że możesz się zmienić znowu, jeśli coś cię piekielnie wkó**i...... Swoją drogą to ten koleś ma nieźle narąbane pod sufitem.

Dave przez chwilę zbierał myśli.... Co niby miał teraz zrobić?.... Nagle przypomniał sobie coś jeszcze ..... prawdziwą przyczynę całego tego zamieszania
- Widziałeś tam może dziewczynę – zapytał – No wiesz, taką w zwiewnej sukience, brązowe oczy, trochę spiczaste uszy
- Taaa.... – zastanowił się przez chwilę Sleet – Chyba tak.... Jacyś kolesie od tego zboka Dona Corneo gdzieś ją nieśli... Pewnie Hans stwierdził, ze im się nie przyda i opylił ją za niemałe pieniądze....
Dave nic nie powiedział. Schował głowę w rękach i zaczął rozmyślać. Wiedział co należy zrobić..... Trzeba było tylko wymyślić jakiś plan.....

Statystyka

  • Data publikacji: 2006-03-02 17:16:03
  • Autor: White_wizard
  • Artykuł czytany: 3360
  • Głosy oddane: 10
  • Średnia ocen: 9.2

Komentarze (4)

Gość ~ 20 marca 2006, 22:14
zawaliste:)
cfiklus1990 ~ 17 października 2007, 09:04
Interesujące...
adix9512 ~ 10 listopada 2007, 15:29
No świetnie!

Umiesz pisać.
xXx Malarz xXx ~ 25 sierpnia 2009, 13:09
bardzo interesujonce tylko cały ten dave czy jak mu tam smierdzi mi vincentem z ff7

Dodaj komentarz

Wpisz treść komentarza w opowiednim polu. Pamiętaj, że HTML jest niedozwolony.

Niezarejestrowani użytkownicy uzupełniają również pole autora.

Konieczna jest również weryfikacja niezalogowanych użytkowników.

Wypowiedzi obraźliwe, infantylne oraz nie na temat będą moderowane - pisząc postaraj się zwiększyć wartość dyskusji.