Wspomnienia z Wigilii (Chrono Cross)

Noc była cicha i spokojna, niebo czyste i wypełnione tysiącami gwiazd, których światło migotało odbite od grubej warstwy sypkiego śniegu, pokrywającego wszystkie dachy. Na ulicach nie było żywej duszy, wszyscy spali w swoich ciepłych łóżkach, czekając na nadejście pierwszego dnia Bożego Narodzenia. W tę magiczną, wigilijną noc Święty Mikołaj rzekomo oblatuje cały świat, przez komin wpada do każdego domu i po kryjomu zostawia paczki z prezentami pod przyozdobionymi, świątecznymi drzewkami. Tak przynajmniej ludzie mawiają, bo nikt poważny nie wierzy przecież w jego istnienie - każdy wie, że ta zagadkowa persona jest zwykłą legendą, a paczki dla dzieci podkładają ich rodzice. W każdej legendzie jest jednak ziarenko prawdy, każda też kiedyś musi się kiedyś narodzić, wpierw w formie plotki, czy pogłoski, potem wspomnienia, jakiejś historyjki sprzed lat, aż w końcu dojrzeje i stanie się prawdziwą ludową bajdą, elementem tradycji.
Niewielu ludzi wie o tym, że historia samego Świętego Mikołaja jest starsza od innych bożonarodzeniowych symboli, jak kolorowej choinki, czy świątecznych kolęd. Jeszcze mniej osób wie o tym skąd tak naprawdę wziął się ten przesąd, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszano. Prawda jest taka, że jego geneza sięgała zimowej, cichej nocy pod koniec grudnia 1016 roku, nocy zupełnie takie samej jak ta.

Ktoś o bardzo dobrym wzroku mógłby wtedy zobaczyć dwa cienie, które w tamtym czasie powoli przesuwały się po dachu domu burmistrza miasta Porre. Ktoś o bardzo dobrym słuchu mógłby usłyszeć ciche kichnięcie, jakie z trudem stłumiła mniejsza z tych dwóch tajemniczych osób, kiedy wyższa przywiązywała długą linię do wysuniętego ponad dach komina. Po kilku chwilach nieznajomi zniknęli w jego wnętrzu, schodząc powoli w kierunku wygaszonego dawno ognia. Bardzo cicho wysunęły się z drugiego końca i wyszły do obszernego pokoju, w kominku zostawiając swoje płaszcze z kapturami, które chronić ich miały przed sadzą i popiołem.
- Tędy - szepnął niskim głosem wysoki mężczyzna o jasnych włosach, wskazując korytarz po prawej. Prowadzić miał do gabinetu burmistrza, pokoju sąsiadującego bezpośrednio z jego sypialnią.
Mężczyźnie towarzyszyła niska blondynka z włosami związanymi w kucyk. Nawet w ciemnym pokoju widać było, że nosi na sobie jasnoczerwoną kurtkę i długie spodnie. W milczeniu przeszli przez salon, w absolutnej ciszy mijając wyjście na korytarz i schody. Wybrali dobrą noc - księżyc świecił na tyle jasno, aby można było nawigować po domu bez konieczności zapalania lampy, a jednocześnie pozwalał im w razie konieczności zniknąć w cieniu, wtopić się gdzieś w otoczenie, pełne mebli z ciemnego drewna, wazonów i zasłon. To było idealne środowisko dla złodziei, miało świetne warunki na włamanie, a i skarb, na jaki liczyli był niczego sobie. Burmistrz Porre od zawsze był piekielnie bogaty, a w trakcie wojny z królestwem Guardia wielokrotnie powiększył swoją fortunę handlując węglem. Gdzie nie spojrzeć wszędzie było mnóstwo kosztownych obrazów i dzieł sztuki, grubych dywanów i gablot z kolekcjonerskimi rarytasami. Były też sejfy, co najmniej kilka, w tym jeden, największy z nich, o którym złodzieje wiedzieli. Dom Burmistrza miał rzekomo być twierdzą nie do zdobycia, z drzwiami i oknami chronionymi magicznymi alarmami, z ochroną bez przerwy patrolującą okolice, z samymi sejfami będącymi cudami ówczesnej technologii. Mimo to zbrodnia do tej pory szła jak po maśle. Kilka tygodni obserwacji i planowania pozwoliły im wykorzystać lukę ochronie, aby niepostrzeżenie przemknąć na dach, a nikt nie wpadł na to, że złodziej może chcieć dostać się do domu przez komin. Czasami najdziwniejsze pomysły są najlepsze.
Niepostrzeżenie dostali się do gabinetu Burmistrza, przemykając do niego przez półotwarte drzwi. Dziewczyna od razu ruszyła w kierunku kwadratowego obrazu, który znajdował się na ścianie, pomiędzy dwoma okiennicami, po czym zdjęła go, odsłaniając stalową ścianę sejfu. Mężczyzna stanął w oknie i obserwował idący w oddali patrol strażników, obliczając z ich położenia ile mają czasu do następnego ślepego punktu w ich ochronie.
- Niecałe pięć minut - rzekł Magil, kiedy jego partnerka leciutko zapukała w drzwi sejfu, palcami badając kształt jego zamka. Po chwili wyjęła z kieszeni dwa wytrychy.
- Wystarczą mi dwie - odpowiedziała Kid, po czym wetknęła oba narzędzia w dziurkę od klucza, w skupieniu poruszając nimi i walcząc z mechanizmem zamka.

Malutka Sindy uchyliła zaspane oczka i ziewnęła cichutko, obracając się na drugi boczek. Nie miała ochoty opuszczać cieplutkiego łóżeczka, jednak widocznie od jakiegoś czasu spała z otwartymi ustami, ponieważ strasznie zaschło jej w gardle. Poleżała jeszcze kilka chwil, przekonując samą siebie, że im szybciej wstanie, tym szybciej znowu będzie mogła być pod wygrzaną pierzyną. Wyślizgnęła się bokiem, założyła puchate kapcie, zachwiała się lekko, po czym ruszyła na korytarz. Powolnym krokiem zaczęła iść w stronę łazienki na piętrze, gdzie czekał na nią kran z orzeźwiającą, zimną wodą. Zatrzymała się na sekundkę przy wejściu do salonu, gubiąc krok i wpadając na ścianę tuż przy nim. Mogło jej się to tylko wydawać, ale z pomieszczenia po prawej, w gabinecie dziadka widziała, jakby ktoś się przemykał, jakiś cień czegoś, co mogłoby być czerwonym kubrakiem. Sindy postanowiła odłożyć na chwilę plany względem łazienki, mając ochotę zbadać co takiego tam widziała.
Po cichutki zakradła się w pobliże gabinetu dziadka, kucając pod ścianą i dociskając do niej czoło, jednym okiem zaglądają przez wąską szparę w drzwiach. Nie mogła przecież od tak wejść tam do środka. Dziadek zawsze na nią krzyczał kiedy tam wchodziła, żeby się pobawić, tata i mama zabraniali jej go denerwować, no ale przecież wyraźnie słyszała jakieś ciche głosy i takie jakby drapanie. Niewiele widziała przez szparę, ale była pewna, że ktoś stoi pod oknem na wprost drzwi. Trudno było z tej odległości odgadnąć czy miał na sobie czerwony kubrak, ale jedna rzecz odcinała się wyraźnie na tle rozgwieżdżonego nieba za oknem - długie, siwe włosy nieznajomego. Zupełnie takie, jak u tego śmiesznego, grubego pana z rumianymi policzkami w sklepie mięsnym. Lubiła chodzić do niego z mamą, pan ze sklepu bardzo lubił dzieci, choć ona sama nie przepadała za parówkami. Dużo bardziej lubiła lizaki i lody waniliowe. Zastanowiła się co pan z mięsnego robi w gabinecie dziadka, dlaczego stoi przy oknie i na co właściwie patrzy. Chciała wejść i się przywitać, ale Sindy, choć ciekawska jak na czterolatkę przystało, nie była specjalnie odważną dziewczynką. Nie chciała niepokoić dziadka, wciąż bowiem istniało ryzyko, że jest w środku. Bo przecież skoro jest tam pan z mięsnego, to i on też musi być.
Sindy wycofała się i z satysfakcją pomaszerowała do łazienki. Pomyślała, że będzie musiała rano spytać dziadka dlaczego pan ze sklepu mięsnego odwiedził go w nocy i co chciał. Miała nadzieję, że przyniósł jakieś prezenty i że nie były nimi parówki, tylko np. paczka lizaków albo lody.

- Stój! Do diabła... - przeklęła cicho Kid, zatrzymując się w połowie wysokości komina. Magil zaparł się nogami o jego ścianki, zirytowany.
- Nie mamy czasu Kid - odparł półgłosem - Mamy niecałą minutę, żeby zejść z dachu.
- Zapomniałam torebki... psia mać... - odetchnęła głęboko, po czym zaczęła schodzić w dół.
- Nie ma mowy, nigdzie nie idziesz! - zdenerwował się mężczyzna - W tej swojej czerwonej skarpecie nie miałaś i tak nic poza kilkoma pierścionkami i paczką cukierków miętowych.
- To nie jest skarpeta i chcę ją odzyskać! - jęknęła, jednocześnie próbując nogą przesunąć dłoń Magila, który napierał na górę, obierając na nią kurs kolizyjny
- Za pieniądze, które ukradliśmy kupisz sobie galeon w pełni wypełniony tylko skarpetami, miętówkami i drogą biżuterią - odrzekł, tracąc cierpliwość - A teraz spierdzielaj na dach, bo wywalę cię tam zaklęciem!
Kid ruszyła szybko na górę, z niechęcią pozwalając Magilowi stanąć na swoim. To i tak miała być ich ostatnia wspólna robota. Po kilku sekundach byli już na dachu.
- To nie jest skarpeta... - dodała z wyrzutem, wspominając swoją ulubioną torebkę, którą z jakichś powodów wszyscy mylili z czymś, w co wkłada się stopę...

Uciekli po grzbiecie dachu, schodząc ścianie i kilka chwil później znikając w ciemnym lasku za płotem ogrodu, nie będąc zauważonymi przez nikogo. Następny ranek miał być wyjątkowo pechowy dla kilku ludzi. Przede wszystkim dla burmistrza Porre, który gdy dowiedział się wszystkim od razu podwoił nagrodę za głowy członków Radical Dreamers. Dzień był równie pechowy dla szefa ochrony burmistrza, który tego popołudnia musiał już szukać już nowej pracy. Z niejasnych przyczyn los pokarał również Mikołaja Sante, właściciela pobliskiego sklepu mięsnego, który rankiem został aresztowany jako jedyny podejrzany w tej zagadkowej zbrodni. Dzień miał być z kolei szczęśliwy przede wszystkim dla Sindy, wnuczki burmistrza, która z ochotą opowiedziała dziadkowi i policjantom o tym, co widziała, a w nagrodę otrzymała tą piękną lalkę, która jej się tak bardzo podobała, a której tatuś nie chciał jej kupić w zeszłym tygodniu.
Burmistrz nie wiedział, że tego samego dnia Kid i Magil podzielili łupy i rozstali się, rozwiązując ostatecznie legendarną w tym kraju grupę przestępczą. Nikt już nigdy o nich nie słyszał, a zmierzch ich sławy zbiegł się w czasie z początkiem krótkiej popularności właściciela sklepu mięsnego. Wyszedł on z aresztu następnego dnia, po tym, jak dla wszystkich zainteresowanych stało się jasne, że ten ważący ponad 120 kilogramów starszy mężczyzną z chorym krzyżem nie byłby w stanie włamać się nawet do ogrodowego składzika. Pod koniec tygodnia jego osobę skarykaturowano w miejskiej prasie, gdzie znany satyryk zamieścił krótki komiks, w którym przedstawił ubranego w czerwoną kurtkę mężczyznę schodzącego w głąb węższego od swojego pasa komina, włamującego się do potężnego, stalowego sejfu i podkładającego jedyny znaleziony na miejscu zbrodni dowód - wypełnioną świecidełkami i miętówkami czerwoną skarpetę. Pogodny grubas stał się tematem żartów i śmiesznych, nie powiązanych ze sobą historyjek, które powoli zaczęły ewoluować, wypaczane z każdym ich kolejnym opowiedzeniem, powoli zapominanymi i uzupełnianymi przez kolejne pokolenia. Nikt nie podejrzewał w co te zabawne bajdy przerodzą się dwieście lat później.

Statystyka

  • Data publikacji: 2010-12-29 15:01:06
  • Autor: Tantalus
  • Artykuł czytany: 1368
  • Głosy oddane: 3
  • Średnia ocen: 9.7

Komentarze (2)

Chrabia ~ 29 grudnia 2010, 22:53
Raczej fanfik RD niż CC... a Magil bardziej przypomina tutaj Magusa niż Magila. No i Kid i Magil rozstający się od tak? Cos tu jest "nie-teges". Ale ogólnie fajny motyw, gratuluje pomysłu na ten komediowy, świąteczny, mini-fik, miło się czytało ;).
Pzdr!
Tantalus ~ 30 grudnia 2010, 03:08
Nah, to fanfik CC. Magil, bo hej, czemu nie, ktoś musiał być w tej drużynie Radical Dreamers, o której w grze wspominają. Kid i Magus rozstali się od tak, ponieważ nie chciałem się aż tak bardzo na nich skupiać - wierz albo nie, ale we wcześniejszej wersji rozstali się po dłuższym opisie i rozmowie, wyjaśniłem czemu i w ogóle, ale potem skasowałem ten akapit, bo zupełnie nie pasował do koncepcji.
Dzięki za uznanie, tak przy okazji hehe.

Dodaj komentarz

Wpisz treść komentarza w opowiednim polu. Pamiętaj, że HTML jest niedozwolony.

Niezarejestrowani użytkownicy uzupełniają również pole autora.

Konieczna jest również weryfikacja niezalogowanych użytkowników.

Wypowiedzi obraźliwe, infantylne oraz nie na temat będą moderowane - pisząc postaraj się zwiększyć wartość dyskusji.