Wspomnienia z Wigilii (Kingdom Hearts)

Informacja

Ten artykuł wymaga edycji, aby być zgodnym z nowymi zasadami SquareZone. Obecna wersja zostanie wkrótce dostosowana do standardów.

Dookoła panowała noc, w której kontury okolicznych obiektów odcinały się silnie, skąpane w upiornej poświacie pełnego księżyca. Zgarbiony starzec stał na kamiennym placu w środku jakiejś posępnej nekropolii, trzęsąc się bardziej ze strachu niż z zimna, choć ubrany był jedynie w czepek i nocną koszulę. Skostniałymi rękoma obejmował swoją chudą pierś, nerwowo obracając się i łypiąc na boki, w każdej chwili oczekując tego, który musiał się pojawić, a którego tak się obawiał. Spojrzał na swój cień, kładący się dziwnie na schodach prowadzących do opuszczonej kaplicy, a ten nagle zaczął poruszać się i wyrastać z płaszczyzny jak unoszony wiatrem koc. W końcu wyłonił się w całej okazałości, swoją odzianą w czarną szatę prezencją przytłaczając starca, pod którym ugięły się kolana, zupełnie tak, jakby skurczył się ze strachu.
- Czy... czy nawiedził mnie Duch Wigilijnej Przyszłości? - Ebenezer Scrooge zapytał łamiącym się głosem, spoglądając w posępne widmo - Pokażesz mi cień zdarzeń, które jeszcze nie miały miejsca? Czy tak będzie?
Duch milczał niczym grób, choć ledwo zauważalny ruch jego skrytej pod głębokim kapturem głowy sugerował, że potwierdza słowa przerażonego starca. Ebenezer kucnął powoli i mocno zacisnął kolana, jakby walczył z męczącym go przeraźliwym zimnem. Mówił dalej, starając się nie patrzeć na przerażającą figurę, która stała przed nim.
- Duchu Przyszłości, ciebie boję się bardziej niż innych zjaw - przyznał cicho. Podbródek trząsł mu się nerwowo. - Ale wiem, że to dla mojego dobra. Pokażesz mi moją śmierć, tak? Pokażesz, jak ludzie zapominają o mnie, jak cieszą się moim zgonem, jak rozkradają pieniądze, które tak wielbiłem... ja... ja nie chcę...
Duch wyciągnął prawą rękę przed siebie, jakby chciał złapać Scrooga za ramię. Ten skulił się tylko w sobie zamykając silnie oczy, jakby chciał z całych sił uciec z tego miejsca, uchronić się przed mroczną zjawą, przed bezwzględną, zimną i nieubłaganą przyszłością, którą znał głęboko w sercu, którą spodziewał się ujrzeć po rozmowie z pozostałymi dwoma Duchami Wigilii. Ostatnimi siłami trzymał się swoich dawnych przekonań, czując, jak te giną, tracą jakąkolwiek wartość w obliczu przerażającej prawdy. Prawdy o tym, że przez całe swoje życie Scrooge tak naprawdę nic nie osiągnął, nikomu nie pomógł, nikt nie wiązał z nim jakichkolwiek ciepłych wspomnień. Był pozbawionym serca starym głupcem i im bardziej to sobie uświadamiał, tym większą czuł pustkę...

- Nie tak szybko! - Ebenezer usłyszał czyjś krzyk, który rozległ się wraz z nagłym rozbłyskiem białego światła. Upadł na plecy, ze zdziwieniem uświadomił sobie, że Duch Przyszłości zasłania twarz i odsuwa się w tył, jakby bał się tego nieznajomego głosu. Należał on do chłopca, dziecka o brązowych, postawionych na żel włosach, chodzącego w irracjonalnie dużych, jaskrawożółtych butach. W dłoniach trzymał jakby miecz, broń kształtem przypominającą wielki klucz. Widok ten wprawił go w osłupienie, a to jeszcze wcale nie było najdziwniejsze.
- Nie masz z nami szans, ehyup! - wysoka, cudaczna istota z wielkim nosem, paciorkowatymi oczyma i czarną skórą opinającą chude ciało odezwała się głosem dziwnym, jakby pijackim, prawie niezrozumiałym. Potwór ubrany był w metalowy napierśnik, a w dłoniach ściskał okrągłą tarczę z jakimś tajemniczym emblematem.
- 'o już 'wój koniec! - zacharczała trzecia pokraka, która wyglądała jak... duża biała kaczka, wysoka na jakieś dwa łokcie. Ptaszysko w dłoniach umieszczonych na końcach wąskich skrzydeł trzymało pałkę, jakby magiczną różdżkę, odziana zaś była kuriozalną, granatowy kapelusz i marynarkę, mającą zdecydowanie zbyt wiele zamków błyskawicznych.
- Coo... co się dzieje? Kim wy... - zapytał przerażony, kiedy trójka dziwolągów zbliżyła się biegnąc truchtem. Brunet wyskoczył nagle na kilka metrów w powietrze i po wykonaniu skomplikowanej akrobaci uderzył z rozmachu w Ducha Przyszłości, który zablokował cios czarnym mieczem, który w jednej chwili zmaterializował się w jego dłoni.
- Uciekaj, my się nim zajmiemy - rzucił wysoki, pomagając Scrooge'owi wstać. Starzec odbiegł tyłem, przecierając oczy w najgłębszym zdumieniu, kiedy dzieciak wykonywał kolejne powietrzne ewolucje, raz po raz uderzając demona przerośniętym kluczem.
- To czyste szaleństwo... - powiedział do siebie. Wystrzelony przez kaczora piorun kulisty rykoszetował na kamiennych schodach i niemal nie ugodził Scrooge'a w głowę. Ebenezer schował się za wysokim nagrobkiem, obserwując bitwę z otwartymi ustami - Jak to w ogóle możliwe?
Duch Przyszłości odbijał kolejne ciosy, lewą dłoń wznosząc w górę, generując dookoła siebie ciemne, nieprzeniknione pole, jakby ścianę gęstego dymu, która odepchnęła dzieciaka i zmusiła go w końcu do poddania się grawitacji. "To muszą być latające buty...", pomyślał Scrooge, obserwując jak miękko chłopak wylądował i z jaką łatwością wykonał zaraz potem salto w tył. Wysoki nieznajomy rzucił tarczą z pełnego obrotu, a ta minęła się z demonem, oblatując go szerokim łukiem i wracając w jego kierunku. Biała kaczka wystrzeliła ze swojego cudownego patyka strumień piekielnych płomieni, którym zaczął przewiercać się przez dymną osłonę, nim tarcza brzydkiego nadleciała z niskim buczeniem i ugodziła ducha w tył głowy. Dzieciak podbiegł szybko, wykonał wślizg i potężnym wymachem od dołu wybił ducha w powietrze, gdzie zaczął spuszczać na niego grad ciosów. Scrooge nie nadążał za ruchami młodzika, z fascynacją obserwując widowisko, które coraz bardziej go dziwiło. Z mieszanymi uczuciami zrozumiał nagle, że to tej trójce nieznajomych kibicuje w tym starciu, że choć zdaje sobie sprawę z intencji Ducha, to nie chce mieć z nim więcej do czynienia. "Och, tym dzielnym bohaterom należy się jakaś skromna nagroda za ich pomoc", pomyślał.
Zjawa nie miała już sił walczyć, małoletni szatyn dalej jednak atakował i po niezliczonej ilości uderzeń, jakimi zbombardował wroga w powietrzu, zakończył natarcie efektowną szarżą, w której magiczny klucz zalśnił oślepiającym światłem. Kiedy Scrooge otworzył oczy zobaczył trójkę dziwaków stojących nad leżącym nieruchomo upiorem, który zaczął powoli rozpadać się, na czarny, ulatujący z wiatrem pył. Starzec wyszedł zza nagrobka i uśmiechnął się zmieszany.
- Dziękuję wam... chłopcy - spojrzał na zebraną gromadkę - Jak mogę się wam odwdzięczyć?
- Nie trzeba, najważniejsze, że jest pan bezpieczny - młodzieniec odwzajemnił uśmiech. Scrooge aż podskoczył, kiedy trzymany przez niego magiczny klucz w jednej chwili zniknął w obłoku złotych gwiazdek - Jeszcze chwila i na zawsze straciłby pan serce.
- Tak... hmm... W takim razie jeszcze raz dziękuję - Scrooge zamyślił się i spojrzał jeszcze raz na utleniającego się powoli ducha, wskazując na niego drżącym palcem. - Co to było, tak w ogóle, to to straszydło?
- Hear'less - zaskrzeczała biała kaczka, a Scrooge jak zahipnotyzowany patrzył, jak przy każdym słowie kłapie płaskim dziobem - 'o cu', że nic się panu nie s'ało!
- Słucham? - sens usłyszanego zdania zniknął gdzieś po drodze, co udowodniło, jak trudno jest zrozumieć kogoś pozbawionego warg.
- Jeszcze chwila, a pańskie serce zupełnie zapadłoby się w ciemność, z której nie byłoby powrotu - wyjaśnił najwyższy dziwoląg, jednocześnie nie wyjaśniając niczego.
- Wydaje mi się, że wciąż nie rozumiem...
- To już nieważne - odparł uśmiechnięty chłopak - Pokonaliśmy go, już nie będzie panu zagrażał. Może pan wrócić do domu i czuć się bezpiecznie.
- Hmm... tak... - Scrooge rozejrzał się dookoła siebie. Wciąż tkwili na środku nieznanego, mrocznego cmentarza - Tylko jak ja mam...

Ebenezer wyprostował się nagle, powoli powracając do rzeczywistości, która nagle go ogarnęła. Siedział na swoim łóżku, ogień w kominku już dawno wygasł, a na dworze już jakiś czas temu rozpoczął się nowy, biały dzień. Starzec przez chwilę walczył z myślami, z trudem i w pośpiechu łapiąc znikające szybko obrazy, wspomnienia z tego przedziwnego snu, jaki miał przed chwilą. Większość była niewyraźna, ale kilka rzeczy zapamiętał i wiedział, że były wyjątkowe...
- Hehe... kaczka... - zaśmiał się cicho, kręcąc głową w niedowierzaniu. Nie sądził, że ma aż taką wielką wyobraźnię.
Powoli wstał z łóżka i podszedł do obszernego okna. Zobaczył przez nie roześmianych ludzi, przechadzających się po zaśnieżonej drodze, jednych niosących zakupy, innych taszczących świąteczne drzewka. Wszyscy opatuleni ciepło rozmawiali i żartowali, wieszali ozdoby w oknach, życzyli sobie wzajemnie "Wesołych Świąt"... zupełnie jak co roku. Scrooge spostrzegł małego Tima, syna swojego pracownika, który właśnie szedł ulicą ze spuszczoną głową, kierując się chyba do piekarza na końcu ulicy. Odsunął się od okna i zasłonił szczelnie zasłony, nie mając ochoty dalej patrzeć na tych wszystkich niewdzięcznych leni i nierobów.
- Bah... - stęknął na to wszystko, odchodząc od okna, idąc w stronę swojego gabinetu, w którym czekał na niego stos niewypełnionych dokumentów - humbug...

Statystyka

  • Data publikacji: 2010-12-24 02:50:48
  • Autor: Tantalus
  • Artykuł czytany: 1433
  • Głosy oddane: 2
  • Średnia ocen: 8.0

Komentarze (1)

FaliusAren ~ 08 listopada 2011, 21:37
Bardzo dobrę, muszę przyznać że jest to pięknie napisane, fabuła dość niebanalna. Jednakże "mówiący jakby pijackim, niemalże niezrozumiałym językiem"? Proszę cię, bez przesady, nie jest tak źle. Da się go zrozumieć całkiem dobrze, w odróżnieniu od Donalda!

Dodaj komentarz

Wpisz treść komentarza w opowiednim polu. Pamiętaj, że HTML jest niedozwolony.

Niezarejestrowani użytkownicy uzupełniają również pole autora.

Konieczna jest również weryfikacja niezalogowanych użytkowników.

Wypowiedzi obraźliwe, infantylne oraz nie na temat będą moderowane - pisząc postaraj się zwiększyć wartość dyskusji.