Jak zarobić na grze?

Informacja

Ten artykuł wymaga edycji, aby być zgodnym z nowymi zasadami SquareZone. Obecna wersja zostanie wkrótce dostosowana do standardów.

    Pieniążki, pieniążki, moje wy kochane pieniążki... Jak ja was kocham, jak ja was wszystkie miłością nieskazitelną darzę... Mnóżcie się mnóżcie, niech kasy starczy mi dziś! Na ludzi opłaty, na sprzętu nowości... Na marzenia spełnione i te wciąż realizowane...

    Jak wiadomo, pieniądze rządzą światem. Oczywiście, może one i szczęścia nie dają, ale przynajmniej komfortowo pozwalają czuć się nieszczęśliwy. My, biedni (?), szara masa graczy, nigdy nie będziemy mieli ich za dużo, a to ze względu na: nową super extra hiper grę, O.S.T., czy film opowiadający kontynuację gry wydanej dobrych paręnaście lat temu. Ale co tam. Liczy się w końcu to uczucie, gdy idziemy do sklepu, kupujemy to, na czym nam zależało, a przy kasie rozstajemy się z uśmiechem zadowolenia, z naszymi ciężko zarobionymi/wyłudzonymi pieniędzmi. A potem ta gorycz... Za tę cenę mogliśmy kupić coś innego, na czym nam teraz, w tej jednej konkretnej chwili zależy. A czy któryś się kiedyś zastanawiał, czemu je wydajemy? Po co znowu kupujemy jakiś tandetny sprzęt, by zbierał kurz z naszej półeczki? Nah? Ta? Heh.

    Jak wiadomo, wszystko kosztuje. Nawet gry robione przez amatorów i udostępniane darmowo w sieci. Że niby nic nie płacimy? A za połączenie internetowe? Za stracony czas? Za uszczerbek na psychice? Tak samo ich autorzy – w końcu ileś tam godzin na swe „dzieło” musieli poświęcić, że o innych przyziemnych sprawach, typu rachunki za prąd, wodę, herbatę, czy suchy chleb, nie wspomnę. Jak na razie, mało to was pewnie obchodzi. W końcu: „Jak chcą, niech cierpią! Ważne, żebym tylko ja dostał czego chcę!”. Podobnie jest w przypadku gier. I nie chodzi mi tylko o to, że największe gry jRPG branży (i innych, ale to już by było przysłowiowe lanie wody), powstały nie z chęci opowiedzenia ciekawej, pasjonującej historii, chwytająca za serce i... Ech, Chrono Cross... Ale z chęci przeżycia ich twórców. W końcu, za coś jedzenie kupić trzeba, rachunki opłacić, dzieci wysłać do szkoły i inne, przyziemne sprawy. Skoro już pewne sprawy wyjaśniliśmy, to teraz spróbujcie postawić się w roli prezesa firmy, który z niecierpliwością oczekuje dnia, gdy dany projekt ujrzy światło dzienne. I co sobie taki osobnik myśli o fanach, cierpliwie czekających na prequel, nową część Final Fantasy, sequel, bądź cokolwiek innego, byle tylko związanego z obiektem jego kultu? Myślicie, że oni go cokolwiek obchodzą? Nah... Pieniążki, pieniążki, moje wy kochane pieniążki... Myśli o nich dokładnie to samo, gdy oni ze łzami w oczach (wzruszenie? i jasne) wydają ciężko zarobione pieniądze, spostrzegając, że obiekt ich kultu jest znacznie droższy, niż to było zapowiadane. „Jak chcą, niech cierpią! Ważne, żebym tylko ja dostał czego chcę!”. A czego pani... Pan prezes chce? Pieniędzy. I tak, w prosty sposób dochodzimy do jednego, słusznego, konkretnego wniosku – jak czegoś chcesz, to cierp. Nie ma lekko.

    Ale, jak głosi nazwa artykuły, jak tak naprawdę zarobić na grze? Gdy naszemu teamowi uda się stworzyć drugiego Final Fantasy, właściwie sprawa jest prosta. Jeśli ma fabułę na wzór VII, to po prostu poezja komercji w najczystszej, przemyślanej postaci.... jakiś Game Guide, plakaty, breloczki, kubki, mangi (fanowskie), filmy (...) i innego tego typu nic nie potrzebnego śmiecia. Gorzej, jak gra nie zrobiła furory, czy jest ona zarezerwowana dla nieco bardziej... hmm... nazwijmy to „konkretnych odbiorców”. W każdym bądź razie i tutaj źle nie jest – należy tylko reklamować dany produkt na przeróżnej maści imprezach, a już najlepiej samemu takowe organizować. Ewentualnie umieścić w nim gołą babę, a jakieś domorosłe karzełki na pewno się skuszą. Niegłupim pomysłem będzie udzieleni wywiadu prestiżowej gazecie, o ile ta zgodzi się go zamieścić z darmową reklama. Tak, czy owak, nieważne jest jak i co zrobimy, ale ważne jest byśmy to zrobili po jak najmniejszych kosztach. W końcu fan nie człowiek, wyda swe ciężko zarobione pieniądze na wszystko, byle tylko to coś miało jakikolwiek związek z obiektem kultu.

    Tak właściwie to czemu my, fani, kupujemy rzeczy, które są po prostu... głupie? Śmieszne? Niepotrzebne? Pytanie może i retoryczne, ale pozwolę sobie na nie odpowiedzieć. Weźmy pod strzechy taki Game Guide. Zazwyczaj są one w wersji standardowej, to znaczy: podstawowe informacje, opis przejścia i inne badziewie rzeczy. Ale zdarzają się i perełki, w których znajdziemy szczegółowy opis fabuły, lokacji, bohaterów, motywów naszych przeciwników, taktyki walki na naszych wrogów i masę innych, niezwykle wyczerpujących informacji. Pierwszy jest wydawany na średnio-niezłej jakości papierze, z niezła grafiką na okładce, a którą stanowią zazwyczaj główni bohaterowie gry. Zaś drugi ma albo lokację, albo ważny dla fabuły przedmiot, wydawany jest z reguły na naprawdę świetnej jakości papierze, mało tego – od czasu do czasu, niektórzy wydawcy kuszą się na wersję z dołączonym plakatem, pocztówkami, a niekiedy z kartami telefonicznymi. Fajnie to wygląda w naszej głowie, nieprawdaż? Wszystkie informacje na temat obiektu naszego kultu w jednym, niezwykle atrakcyjnym wzrokowo, miejscu. Ale po co nam to? Przecież skoro śmiemy się tytułować fanami danej gry, to te informacje mamy zazwyczaj w jednym paluszku. Na co nam ładne grafiki, przecież znudzi się nam patrzenie na nie po dobrych paru chwilach. Na co nam solucja, w końcu nie po to człowiek/fan kupuje daną grę, żeby przejść ją jak najszybciej. Chce się daną produkcją rozkoszować, poczuć, że wydane przez niego pieniądze nie są tak do końca stracone. W zamian przecież otrzymuje coś, przy czym będzie się bawił przez kilka najbliższych dni, tygodni, miesięcy, lat (?). Tak samo z taktyką walki na bossów, ich HP, czy chociażby opisem głównych bohaterów. W końcu nie ma nic przyjemniejszego, niż samemu, bez niczyjej pomocy, załatwić przeciwnika, z którymi męczyliśmy się od paru godzin, dni, czy tygodni, jak i nic nie zastąpi tej satysfakcji, z przez nas samych odkrywanych zawiłości fabuły i zdania sobie w końcu sprawy, że znaleźliśmy odpowiedź na pytanie: czemu główny bohater postąpił w ten czy w inny sposób, bądź kim tak naprawdę jest ta tajemnicza postać, towarzysząca nam od jakiegoś czasu. Jedynym, w miarę sensownym (?) argumentem jest sama chęć posiadania czegoś takiego w naszej kolekcji. W końcu mieć, a nie mieć, to też jest jakaś różnica, a skoro Game Guide obejmuje nasz wspaniały obiekt kultu, to jak tu zwać się prawdziwym fanem bez takowego? Nieco podobnie ma się sprawa z breloczkami. Te przynajmniej, znajdują jakieś zastosowanie w życiu codziennym. Nie ma to jak mieć świadomości, że naszych kluczy pilnuje ktoś, kogo darzymy sympatią, albo po prostu ładnie się prezentuje. Plakaty... Jak kto kiedyś powiedział „reprezentują jakąkolwiek wartość dopóki, dopóty nie zaczną reprezentować ściany”. Trudno się z tym nie zgodzić. Grafiki na nich prezentowane nie są szczególnie wyjątkowe, odkrywcze. Ale jeśli ktoś jest estetą i naprawdę chciałbym posiadać w swych zbiorach coś wyjątkowego, to najlepszym pomysłem jest zakup artbooka. Wydana na wspaniałej jakości papierze galeria sław.

    Zazwyczaj zawiera delikatny i niczego nie zdradzający z fabuły opis głównych bohaterów i lokacji... ale to, co decyduje o jego wyjątkowości, są same grafiki... nowe, stworzone specjalnie na jego potrzeby. Jeśli ktoś ma słabą wyobraźnię, będzie jak znalazł, a jeśli ktoś ma mocną, to zobaczyć coś takiego choćby raz warto... z całą pewnością warto. Ale czy wydać na to sporą ilość pieniędzy? To już naprawdę zależy od tego, czy ktoś ma ją zbędną. W końcu ile można się patrzeć na głównych bohaterów płci pięknej? Już po paru chwilach chęć jakby mniejsza, a i poczucie winy z powodu zakupu już jakby większe. A co dla melomanów? O.S.T. W tej sprawie nie można niczego konkretnego napisać, gdyż to już zależy od indywidualnego gustu muzycznego smaku każdego z nas. Ale o ile w grze, muzyka mogła chwytać za serce i świetnie podkreślać nastrój, to w rzeczywistości, podczas zwykłej jazdy autobusem, wydaje się to śmieszne. Taka płyta jest również paradoksalnie droższa od na przykład: innej płyty audio znanego wykonawcy. A przecież tam tylko grają, praktycznie nigdy nie śpiewają... Kolejnym gadżetem, który fan chętnie kupi jest figurka. Im większa, im zgrabniejsza, tym lepsza. Postawić sobie coś takiego na półeczce, bądź samemu takowe cudeńko skonstruować to coś, co napawa niepojętą dumą. A gdy się to rusza, to uczta dla dzieci! Tyle, że co potem? Kurz to zbiera, a patrzenie, jak jakość tego cudu z roku na rok gwałtownie spada, już wydaje się jakoś mało przyjemne. Kolejnym przedmiotem są karty telefoniczne, coraz bardziej popularne. Grafiki na nich zamieszczone są w większości przypadków dobrze znane, ale wszystko sprowadza się do jednego – mieć coś takiego, a nie mieć, to jest różnica. Podkładka pod myszkę, joypad, czy inny sprzęt. W większości przypadków, nie płaci się za nowe, śmiałe rozwiązania techniczne, a jedynie za to, że rączką dotykamy ciała bohaterów naszej ulubionej gry. Nie powiem, jakąś tam przyjemność to pewnie sprawia. W końcu kciukiem zgrabnego, kobiecego ciała, każdy chce dotknąć. Ale z drugiej strony, ręka po parogodzinnym graniu zmęczona, śmierdzi, poci się. I jak się czuje wtedy fan, który sam, choćby i nieświadomie, niszczy swój mały skarb? Sprawa ma się podobnie z podkładką pod myszkę, tyle, że wtedy śmiało możemy powiedzieć, że „posuwamy” głównych bohaterów. Jednak prawdziwym szczytem, niezrozumiałym dla szarych obywateli, jest zakup strojów, czy replik broni. Nie zaprzeczę, chętnie bym ujrzał jakąś dziewczynę w przeważnie skąpym stroju przedstawicielki płci pięknej z gry, czy pomachałbym sobie mieczem ostatniego przeciwnika, ale... nie są to ubrania, które wypada nosić na co dzień, a po co sobie pogarszać i tak już zdrowo nadszarpniętą reputację? Do tego materiał wykorzystany do ich produkcji, nie jest raczej zbyt trwały, ani tym bardziej praktyczny. Oczywiście, pojawić się w nim na cosplayu i zgarnąć główną nagrodę przyjemnie, ale wypadałoby wziąć pod uwagę jeden mały szczegół – jeśli nasze własne ciało zgrabnym nie jest, to może nieświadomie komuś wypaczyć obraz jego ulubionej postaci. Czy któryś z was chciałbym mieć kogoś na sumieniu? Do gadżetów nieco mniej standardowych, zaliczane są kubki i inne takie. Dotykać ustami czyjeś głowy... Tak, to naprawdę kuszące. Za to szczytem absurdu i prawdziwej, gorącej miłości panów producentów do pieniążków, są chusteczki. Kolorowe, przeważnie ze wzorkiem maskotki/symbolu obiektu naszego kultu i kiepskiej jakości. Osobiście byłbym skłonny to kupić, ot, jako ciekawostkę. Ale żebym to miał użyć? Zasmarkać, zakrwawić, pobrudzić? Nah. Ale prawdziwie świetnym pomysłem, jest wydanie filmu po paruletniej przerwie w kampanii reklamowej gry, która czasy świetności ma już za sobą. Na początku puszczona do sieci drobna plotka, rok, dwa później potwierdzenie, potem trailer, a na końcu pozostaje jedynie dolewać oliwy do ognia. Jakieś skany (im gorszej jakości, tym lepiej) w chwytliwym czasopiśmie, wywiad i zapowiedzi, a już mały ubity teren pod nasze kochane pieniążki. W końcu każdy fan zapłaci sporą ilość kasy, byle tylko dowiedzieć się, co się stało z jego ulubionymi bohaterami, bądź co robili wcześniej. I nie warto się w tym momencie przejmować czymś tak nieistotnym jak fabułą. Im efektowniejszy film, im bardziej przesycony efektami i im lepsza muzyka, wzrost finansowy gwarantowany. W końcu tłumaczenie, że grę przechodziło się tygodniami, a film trwa zaledwie dwie godzinki, jest tak mocne, że każdy fan zrozumie. A jak nie zrozumie, to inni wmówią mu, że nie można było inaczej. I koniecznie należy zakończanie zrealizować w możliwie jak najbardziej otwarty sposób. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy najdzie pani... Prezesa ochota na ponowny zysk. Już sama sprzedaż O.S.T., czy wydania rozszerzonego, z masą niepotrzebnego materiału na bonusowym, drugim dysku, będzie co najmniej zadowalająca.

    Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Wieczni optymiści będą tak czy inaczej zachwyceni tym, że panowie producenci pozwalając im przenieść najlepsze motywy z ich ulubionego świata do szarej, nudnej codzienności. Nie będę nawet sobie zdawać sprawy, że oto kolejny raz kupili coś, co w późniejszym czasie stanie się dla nich bezużyteczne W końcu ważne jest to, że takową rzecz posiadają w swoich zbiorach, że mogą zwać się prawdziwymi fanowskimi fanami obiektu swego kultu. Co się zaś tyczy wiecznych, znudzonych życiem i ulubioną grą, to cóż... Popatrzą, zastanowią się nad zakupem i być może go dokonają lub nie. Ale jedno jest pewne – marudzić i narzekać będą zawsze. W jednym i drugim przypadku każdy chce spełnić swą chęć posiadania w zbiorach czegoś wyjątkowego, czegoś, co na zawsze by im przypominało o mile spędzonych chwilach, nieprzespanych nocach. Cena nie gra roli. Jak przecież można wycenić uczucia, które żywią oni do swych wspomnień? Można... Cena na gadżetach jest w stanie to uświadomić. Dlatego też należy nie tyle co kupować z sercem, ale i z rozumem. Narzekać w sumie też nie wypada. Nawet najwspanialsza muzyka, czy artbook, nie są nam potrzebne do życia. Śmiało się obywamy bez nich. Owszem, przyjemnie jest coś takiego mieć w swych zbiorach, ale nie zawsze pozwala nam na to zawartość naszego portfela. Pani... Prezesa nie obchodzi, czy stać nas na coś, czy nie. W końcu nie on wybierał za nas sobie nasze hobby, nie on nam kazał kupować grę, która w ten czy w inny sposób, odmieniła nasze życie. Chcesz coś mieć, to musisz za to zapłacić. Tak samo nas nie obchodzą tłumaczenie, dlaczego premiera prequela/kolejnej części Final Fantasy/sequela została opóźniona o kolejny miesiąc, dwa. Chcemy, płacimy za to i wymagamy. Ale i na to fani znaleźli sposób. Nie stać cię, znudziło się czekanie? To od czego jest nasza wyobraźnia, zapał, determinacja i kreatywność? Ołówek w łapę, kilka miesięcy treningu, a już będziemy w stanie narysować kilka grafik, które z powodzeniem zaczną zdobić naszą ścianę. Parę farb, tani kubek, i proszę – nasze własne źródło wspomnień. Stara szafa, jeszcze starsze ubrania, nożyczki, igła i nici, a strój na cosplay gotowy. Twórców ograniczają maszyny, budżet i wiecznie marudząca pani... Prezes. A fanów? Oni sami. Po prostu nie dajmy się zwariować.

Statystyka

  • Data publikacji: 2005-10-31 17:17:23
  • Autor: qiax
  • Artykuł czytany: 2630
  • Głosy oddane: 3
  • Średnia ocen: 8.3

Komentarze (4)

Musiolik ~ 31 października 2005, 18:29
Nawet ciekawy ten artykuł.....jednak z deczka za długi, ale idzie się przemóc i przeczytać do końca..Treść ok, długość..ciut za długie
Pieszczotek ~ 03 listopada 2005, 15:33
przydałoby się więcej akapitów... pozatym to tak jak musiolik napisal
7cloud7 ~ 03 listopada 2005, 21:19
Eeeee. ciekawy na początku, za długi, lanie wody, czasem smieszny (?). Niezgadzam sę z większością pisanych rzeczy, chociaż niektórenawet mnie zainteresowaly...
_dark_cloud_ ~ 13 sierpnia 2006, 08:02
cała smutna i przykra prawda o machinie zwanej komerchą i wyciąganiu z naszej - graczy - kieszeni grubej kasy... niestety. dodatkowo w Polskich realiach naprawde grubej kasy, bo za granica (np tu gdzie teraz jestem, w Canadzie) to jeszcze nie sa tak duze pieniadze. ba, co sie oszukiwac, na NDSa pracowałem 3 dni po 6 godzin. a u nas.. heh. z komercja nie wygrasz. tekst dobry, choc momentami pod koniec zaczynałem sie gubic. ale warto go przeczytac do konca. polecam

Dodaj komentarz

Wpisz treść komentarza w opowiednim polu. Pamiętaj, że HTML jest niedozwolony.

Niezarejestrowani użytkownicy uzupełniają również pole autora.

Konieczna jest również weryfikacja niezalogowanych użytkowników.

Wypowiedzi obraźliwe, infantylne oraz nie na temat będą moderowane - pisząc postaraj się zwiększyć wartość dyskusji.